krok za krokiem, metr za metrem... ciągle idę. Nie wiem po co, nie wiem gdzie - ale idę do przodu, bo tak zostałam nauczona. Nie zatrzymuję się, nie zastanawiam - bo przecież wszystko mija, wszystko można "obejść". I nagle dochodzę do uskoku - niewielkiego, na jeden krok... i chce ten krok zrobić a tutaj okazuje się, że mój bagaż... początkowo mała walizeczka... zamienił się w ogromny tobół który dźwigam na plecach... i nie dam rady oderwać się od ziemi... Wyjścia są dwa - zatrzymać się lub spaść.

I stoję tak i zastanawiam się czy skoczyć czy poczekać... a tobół ciągle rośnie. Zaczyna mnie przygniatać do ziemi, tak ze ledwo trzymam się na nogach - i już wiem, że nic nie dam rady zrobić... Bo wyrzucając tobół, wyrzuciłabym siebie. Zostawiając go - skazują się na zagładę...
Name:

Komentarze: