4.stycznia.2012 :: 01:05

...

uciekam stąd... po 3 latach... nie widzę żadnych racjonalnych podstaw dla tej decyzji, ale uciekam w nowe miejsce. Wszystko jedno, że będę tam pisać o tym samym... idę.


jeśli ktoś koniecznie chciałby nowy adres - przez jakiś czas to miejsce będzie jeszcze istnieć. Wystarczy zostawić komentarz z mailem lub adresem bloga.


(8)dag mniej



26.grudnia.2011 :: 01:34

Święta, święta...

święta, święta... jak ja nienawidzę tego okresu w roku... Jeszcze tylko jutrzejszy dzień i ucieknę z powrotem do mojego światka... na 3-4 dni... potem Sylwester i Nowy Rok... i znowu wrócę do siebie...

Nie czuję żadnej magii świąt. Nigdy nie czułam. Ten okres zawsze kojarzył mi się z przepychankami, awanturami... Teraz już tak nie jest, ale niesmak złych wspomnień pozostał. Pamiętam z dzieciństwa jak bardzo pragnęłam żeby w czasie świąt chorować, albo żeby stało się coś innego - tak żeby była wymówka. I pamiętam też te bożonarodzeniowe noce kiedy trzęsłam się ze strachu przed kolejnym wykładem na temat moralności i wierności małżeńskiej... W każde kolejne święta to wraca. Pomimo tego, że jestem już dorosła i nikt mi już tego typu kazań nie prawi... 

W tym roku wydałam kosmiczne pieniądze na prezenty. Chciałam chociaż w ten sposób sprawić, żeby święta były dla mnie miłe. Żebym mogła dać komuś coś ładnego. No i nawet za to dostałam ochrzan. Że po co takie prezenty, dlaczego wydałam tyle pieniędzy... Trudno... Chciałam tylko żeby było miło... 

Wigilię przeżyłam względnie bezboleśnie... Panowałam nad sobą! Dzisiejszy dzień był bez porównania gorszy... Odreagowałam wszystko... 


Święta, święta... skończcie się!!


(0)dag mniej



18.grudnia.2011 :: 00:52

pusto, pusto, pusto, pusto... W głowie mi huczy... "zrób coś, działaj, nie zachowuj się jak tchórz". Była, i jestem tchórzem... 

Idą święta... świetny okres na podsumowania. Ale ja tego robić nie będę. Nie mam czego podsumowywać, nie mam czego sobie życzyć ani czego postanawiać. 


Zawsze pisałam tutaj o tym jak mi źle, smutno, przykro... jednak jakoś wierzyłam w to lepsze jutro... Dążyłam do niego na różne dziwne sposoby, nieudolnie... A dzisiaj siedzę i myślę sobie "dość... game over"

no więc

GAME OVER... niech się dzieje co chce... 




----- idę wymiotować----- i może tym razem celnie rąbnę głową o pralkę albo może moje serce w końcu zrealizuje swoje ponawiane co jakiś czas groźby... Byleby się skończyło bo nie mogę tak dalej... I pisałam pewnie o tym też nie raz i nie dwa... Ale zawsze ze strachem... Dzisiaj tego chcę... naprawdę chcę... 


<edit>

chce mi się krzyczeć, płakać... Zadzwonić do mamy... do kogokolwiek... Żeby ktoś był i powiedział mi, że będzie lepiej... że będzie jakoś... A tu tylko ja i cztery ściany... i milczący telefon... i łazienka... i cała niedziela... i cały poniedziałek... i we wtorek będę mogła z kimś porozmawiać i nie będę mogła się odezwać... i będzie mi znowu tak obojętnie... A teraz jest mi tak strasznie... i pusto... i tak się boję... Siebie się boję...


(2)dag mniej



14.grudnia.2011 :: 02:06

tak wiele chciałabym napisać, ale nie umiem... Uciekam przed wszystkim co mogłoby mnie wyciągnąć na powierzchnię... 

Dzisiaj, godzinę przed umówionym spotkaniem, zadzwoniłam i powiedziałam, że jestem chora, nie przyjdę... I z przerażeniem stwierdziłam, że jednak dałam się chyba trochę za bardzo poznać przez ostatnie 1,5 roku - moja terapeutka po prostu mi nie uwierzyła... Ale co jej miałam powiedzieć? Że nie mogę wyjść z domu bo dopadł mnie atak histerii i paniki?? Że muszę się schować pod kołdrą, bo nie mogę na siebie patrzyć a tam jest ciepło, bezpiecznie...?? Takich rzeczy nie mówi się przez telefon... Liczyłam na 10 sekund rozmowy "dzień dobry, nie przyjdę, do widzenia"... A ona zaczęła pytać co się stało, dlaczego, że to trudny okres itd... Ogarnia mnie przerażenie na myśl o piątku... i zapowiedzianym "Ale wie Pani, że będę to interpretować?"... Po tych słowach wylądowałam w łazience... I nie wiem czy ją za to nienawidzić czy być wdzięczną, że ją w jakimś stopniu interesuje co się ze mną dzieje... A może to nie zainteresowanie tylko element profesjonalnego podejścia?? Że tak trzeba?? Że tak należy zrobić?? 

Jednej rzeczy nie mogę sobie wkręcić - i to nie mogę tego zrobić za żadne skarby na świecie... A mianowicie pozwolić sobie na myślenie, że ktoś może się mną interesować i że ta osoba jest moja terapeutka... ona MUSI pozostać neutralna, bo taka w rzeczywistości jest... tylko moja głowa chce z niej zrobić kogoś ważniejszego...





(0)dag mniej



29.listopada.2011 :: 22:10

gruba, gruba, gruba, gruba...

ogromne uda, tłuste ramiona, szerokie biodra, wielkie policzki...


przytulam się do ściany i jest mi miękko - mój tłuszcza amortyzuje jej twardość...


(0)dag mniej



25.listopada.2011 :: 21:41

cicho, cicho, cicho... wszędzie jest tak cicho... Ja też się nie odzywam - bo po co? Bo o czym mówić? Cicho, samotnie i smutno. 7 miliardów ludzi i ja gdzieś tam w środku - całkiem sama. Sama na własne życzenie i z powodu własnych zachowań. Ale to nic - kiedy już dorosnę odważę się odezwać, odważę się do kogoś podejść i stanąć obok... a co najważniejsze odważę się nie uciekać. 

Tylko najpierw muszę się zająć dorastaniem, bo tej lekcji zdecydowanie nie odrobiłam...


(0)dag mniej



21.listopada.2011 :: 00:34

staczam się po równi pochyłej - co o dziwo przyjmuje z wielkim spokojem. Nie rusza mnie to w tej chwili. I tak sobie myślę, że wytłumaczenia są 2 - albo gdzieś wewnątrz czuję, że nic nie dam rady z tym zrobić, albo to tylko cisza przed burzą... Wszytko jedno. 

Straciłam przyjaciela - i nie dlatego, że on przestał się do mnie odzywać, nie odbiera telefonów czy mnie unika... Nie o to chodzi. Poczułam, że to nie jest już dla mnie - że on nie jest dla mnie. I że tak naprawdę, to ja byłam dla niego kiedy tego aktualnie potrzebował. A kiedy ja go potrzebowałam, to bałam się mu o tym powiedzieć. Więc nie chcę się łudzić, że mam przyjaciela, kiedy tak naprawdę go nie ma... Chociaż zastanawiam się czy to przypadkiem nie jest tak, że na moje rozmyślania wpłynął fakt, iż znalazł sobie dziewczynę i chce za nią wyjść, wyjechać. Odsuwam się, żeby później się nie okazało, że to on odsunie mnie - zawsze muszę mieć pieprzoną kontrolę nad wszystkim. Tylko tego co najważniejsze - własnego życia - nie ogarniam...


(0)dag mniej



12.listopada.2011 :: 23:44

śniła mi się NORMALNOŚĆ... i się obudziłam... 


Takie przebudzenia bolą najbardziej. I myślę sobie wtedy, że dobrze byłoby spać i się nie budzić. Bo po co się budzić, skoro pierwszą myślą, która wita cię na dzień dobry jest stwierdzenie "nic nie jesteś warta"... 


Bez wartości, bez znaczenia, bez celu... No i po co??





(0)dag mniej



6.listopada.2011 :: 20:15

najchętniej schowałabym się pod łóżkiem i nie wychodziła stamtąd przez najbliższy czas. Tak, żeby nikt mnie nie widział, nikt mnie nie dotykał, nikt się nie zbliżał. Nie musieć patrzeć nikomu w twarz i uśmiechać się bezsensownie. Nie mówić, że jest ok, kiedy tak nie jest. Nie udawać, że mnie cokolwiek obchodzi. Nic mnie nie obchodzi.

Boję się stanąć na wadze... od tygodnia... W mojej głowie mam obraz pojawiającej się na wyświetlaczu liczby 70... może więcej... I chociaż wiem, że to irracjonalne, to tego nie sprawdzam... A może jednak da się przytyć 25 kg w tydzień?? Czuję się potwornie... Do tego stopnia, że cały dzień zastanawiam się czy nie iść do psychiatry... poprosić o jakieś leki... jakiekolwiek. Może by to coś pomogło?? Najłatwiej byłoby załatwić sobie trochę amfetaminy - ale na to nie mam odwagi...


(1)dag mniej



4.listopada.2011 :: 00:41

Nie wiem czy zaglądają tutaj czasem osoby z ed... Nie wiem czy w ogóle ktoś tutaj zagląda "nie przypadkiem"... Ale tak sobie pomyślałam, że rzucę pytanie, które od dawna bardzo mnie nurtuje...

Czy czujecie się czasem niewystarczająco chore/chorzy - Ci z Was, którzy są zdiagnozowani z ed?? Ja patrząc na siebie mam wrażenie, że nie mam prawa szukać pomocy jako osoba z anoreksją... A bulimia chyba nigdy nie stanowiła dla mnie choroby... I jakoś tak mi dziwnie. Bo z jednej strony rujnuje mi to całe moje życie, a z drugiej mam wrażenie, że to za mało... że powinnam być chudsza, bardziej sina, bardziej blada, bardziej chora... 

I chociaż racjonalnie wiem, że to nie jest kryterium, że można mieć wagę całkowicie w normie i być bardzo chorym... to jednak mój umysł nie pozwala mi na przyznanie sobie prawa do chorowania. No a jak walczyć z czymś, czego nie ma?? Czego nie chce się uznać za realne?? Tak się chyba nie da... 


Byłam w domu. 3 dni koszmaru za mną... Na pamiątkę zostało mi rozdrapane gardło, rozciągnięty żołądek i wspomnienie płaczącej babci... Wróciłam myśląc, że doprowadzę się w 2 dni do porządku... a tymczasem cały czas wymiotuję... Nie jest zbyt dobrze...


-----------------
EDIT:

tak - jest 2:35. A ja co?? Z zapuchniętą twarzą wracam do pokoju. A może bulimia to jednak jest choroba?? W sumie to już nie wiem... Najśmieszniejsze jest to, że nigdzie nie mam takiej diagnozy wpisanej. Wszędzie jest anoreksja, ewentualnie anoreksja bulimiczna... A ja nic, tylko wymiotuję... Ostatnio nawet sięgnęłam po tabletki... Lata mi się to już nie zdarzało... Ile razy można wracać do tego samego punktu?? 


(2)dag mniej



28.października.2011 :: 01:11

zbliża się 1 listopada. Oznacza to nieunikniony wyjazd do domu na kilka dni. Dawno już tak się nie bałam kilku dni w domu. Nie wiem jak się zachować. Nie wiem co robić... 


Ludzie mnie ostatnio drażnią. Komentują, zerkają zza ramienia albo ewentualnie zjeżdżają mnie bezczelnie wzrokiem od stóp do głów... A tu nie ma co komentować. Ja nie widzę ŻADNEJ różnicy. Chociaż biorąc pod uwagę to co powinnam przyjąć za pewnik - czyli fakt, ze moje postrzeganie siebie jest zniekształcone i ja nie dostrzegam tego, co dostrzegają inni - może rzeczywiście wyglądam inaczej?? Wymusiło to na mnie pewną zmianę stylu. Względnie dopasowane ubrania zamieniłam na swetry po kolana, czego nie lubię. Ale czują gdzieś w środku, że tak trzeba. Więc tak robię...


btw... uwielbiam oksymorony w stylu: "Pani szczupłość jest wielka"... No to jak?? Szczupła czy wielka??


(0)dag mniej



19.października.2011 :: 21:28

zaskoczyłam się ostatnio... zawiodłam... nie wiem co myśleć... usłyszałam "może powinna Pani na chwilę zmienić priorytety i przestać chudnąć??"... Przyszło mi na myśl tylko siarczyste "Kurwa"... Przestać się odchudzać?? Zmienić priorytety?? Ja wcale nie mam na celu odchudzania się i nie jest to mój priorytet!! Ja po prostu nie mogę jeść!! A jak już coś zjem to nie mogę tego w sobie znieść...  

Ja myślałam, że ta kobieta rozumie co do niej mówię... Że rozumie kiedy mówiłam, że nie potrafię, chociaż wcale mi się to nie podoba... Ona nie rozumie... Czy ktoś w takim razie zrozumie skoro własny terapeuta nie wie o co chodzi?? Czy to tak ciężko ogarnąć, że ja widzę tłustego potwora, który powinien się ociosać siekierą?? Może i ciężko - ale chyba można założyć, że ja tak myślę i wcale nie sprawia mi to przyjemności?? I że niejedzenie i wymiotowanie wcale mnie nie bawi?? Że gdybym mogła, to z chęcią poszłabym ze znajomymi na pizze, na lody... na cokolwiek... 

Jest jak na początku mojej "choroby" - im mniej na wadze, tym większa, okrąglejsza się czuję... zaczęłam się zastanawiać czy może coś z moją waga jest nie tak?? bo czy to kurna jest możliwe, żeby mieć niedowagę i tak się czuć?? 

Nie ogarniam... Boże ja już tego nie ogarniam... Niech ktoś sprawi, żeby to się skończyło... 


(0)dag mniej



15.października.2011 :: 21:38

Zaczynam robić to co zwykle... Uciekam. Do wtorku jeszcze sporo czasu, a ja już kombinuję jak by to załatwić. Zadzwonić i odwołać spotkanie?? Powiedzieć, ze jestem chora?? Wymyślić coś innego?? Nie potrafię kłamać... W każdym razie nie potrafię tego robić przekonująco. Ale co to da?? Potem przyjdzie piątek, a znając tendencje mojej terapeutki pierwszym tematem będzie moja wcześniejsza nieobecność... Umieram ze strachu przed swoim własnym wnętrzem, które ostatnio jakoś dziwnie chce się wydostać na światło dzienne i ujawnić.

Ostatnio powiedziałam za dużo i teraz sterczy mi to w gardle jak ość. Nie wiem jak z tego wybrnąć. Nie wiem jak skomentować, żeby brzmiało mniej melodramatycznie i żałośnie. Przedszkolak w ciele 23-latki, który boi się odrzucenia do tego stopnia, że go wręcz zatyka z przerażenia. Pulsujące skronie i trzęsące się ręce. Powiedziałam, że boję się zostać sama, że ona mnie zostawi - a zostanę sama niewątpliwie, bo łamię warunki. 

Tydzień trzymałam się z dala od łazienki. A wczoraj po powrocie prawie zemdlałam wymiotując... Przynajmniej coraz jaśniejsze jest dla mnie to, ze jak tak naprawdę nie pozbywam się jedzenia - ja wymiotuję emocjami, które się nie mieszczą i których nie potrafię zróżnicować. Czuje się tak napięta, że wymiotowanie jest jedyną rzeczą, która jest w stanie na chwilę mnie uspokoić... A jedząc max 300 kcal dziennie ciężko jest wymiotować... To trochę jakby próbować pozbyć się żołądka... I boli... 


(2)dag mniej



7.października.2011 :: 23:06

Niebo płacze za oknem... A ja płacze w pokoju. Nie mam nawet siły niczego napisać... niech się dzieje co chce.

(2)dag mniej



1.października.2011 :: 23:20

i tak to ze mną cholera jest... robię sobie sama na złość... albo nie wiem co mi robi na złość, bo ja tego nie robię specjalnie... od pewnego czasu (jakieś 2 lata) jest tak, że owszem - chudnę  - ale nie dzieje się to tak szybko jak za pierwszym razem, jakieś 6 lat temu... tycie oczywiści idzie mi dużo szybciej, ale nie o to chodzi... wracając do pierwszego zdania... po ostatniej rozmowie z terapeutką pomyślałam sobie, że może jakimś cudem uda mi się jednak nie chudnąć znacznie przez jakiś czas... I co?? minęły 2 dni a ja mam -1 kg... przy takiej tendencji do następnego spotkania będzie -2 albo więcej i wtedy będzie pozamiatane... Ja tego naprawdę nie robię specjalnie!! Naprawdę!!

(0)dag mniej



30.września.2011 :: 21:31

ależ ja się dzisiaj ubawiłam... normalnie myślałam, że padnę... na terapii po raz kolejny pojawił się temat wagi kontraktowej... I wiecie co?? Moja psycholog powiedziała?? BMI=18 + 1 kg... bo przy takiej wadze wypisują anorektyczki z oddziału... A ja sobie pomyślałam "no to mamy problem...". Kiedy to było kiedy ja tyle ważyłam?? No... już jakiś czas temu... No i co ja mam z tym zrobić?? W każdym razie stwierdziłam, że muszę wyglądać niesamowicie grubo... I jest mi smutno... Bo ja tak bardzo nie chciałabym kombinować i oszukiwać!! Dlaczego ta granica nie może być realniejsza?? Nie wiem... niech będzie BMI 16,5... tyle byłabym w stanie chyba przeżyć... A tak?? Ale negocjowanie wagi wydaje mi się takie głupie... takie dziecinne... przecież ja jestem dorosła!! Powinnam wiedzieć, że to tak nie działa... A z drugiej strony... Co też ona sobie myślała?? Że powiem jej "nie ma problemu"?? Jest mi z tym ŹLE!!! bardzo źle...

(0)dag mniej



25.września.2011 :: 20:25

ten blog stanowi dla mnie coś w rodzaju pamiętnika - piszę tu o rzeczach o których nie mówię nikomu i nigdzie... I zawsze sobie myślałam, że to bez sensu, że tutaj tak narzekam i się nad sobą użalam... Ale dzisiaj doszłam do wniosku, że to przecież MÓJ PAMIĘTNIK i mogę w nim pisać o czym chcę...


I tak będę robić...


Zdecydowałam się niedawno na pracę... nie jest  absorbująca ale o dziwo dobrze płatna... Nie potrzebuję jakoś szczególnie pieniędzy, ale perspektywa zbyt dużej ilości wolnego czasu mnie przeraża. No więc pracuję... Dzisiaj też pracowałam i po powrocie do domu nie wiedzieć dlaczego nie zapanowałam nad sobą... Siedzę teraz i płaczę bo niemiłosiernie boli mnie klatka piersiowa, co jest wynikiem najprawdopodobniej rozwalonego kolejny raz przełyku...

I jak zawsze w takich chwilach marzę żeby umrzeć... Nic nie wydaje mi się tak pociągające jak śmierć i nareszcie święty spokój... Bo ja nie umiem żyć bez ed... Nie wyobrażam sobie, żebym mogła być kiedyś szczęśliwa i wolna... A jeśli nie ma takiej opcji to po co żyć?? Nie jestem typem męczennika... nie jestem nawet wierząca... Nie planuję "nieść swojego krzyża na ramionach" jak to niektórzy ujmują... Chcę po prostu NORMALNIE żyć - a jeśli się nie da to ja mam takie życie w nosie... 

Muszę się szybko położyć, bo trochę się siebie aktualnie boję... mam tylko nadzieję, że nastrój suicydalno-destrukcyjny przejdzie... A jak nie przejdzie to że chociaż raz odważę się coś zrobić porządnie


(2)dag mniej



23.września.2011 :: 22:26

nie radzę sobie ostatnio z tą moją całą terapią... niby zaczyna się od neutralnych tematów - no, względnie neutralnych... a kończy się na tym, że nie wiem jakim cudem docieram do domu. Po dzisiejszym spotkaniu cały dzień spędziłam w łazience... Czasami tak jest że w nieodpowiednim momencie poruszy się jakaś stara struna i lawinowo tracę nad sobą panowanie... Przynajmniej powstrzymałam się od płaczu na spotkaniu - ale dla równowagi przegryzłam wargę... 


Nigdy nie mogłam zrozumieć jak to jest z tymi emocjami... Co ma mi dać ich przepracowanie?? Co to znaczy przepracować emocje?? Czy będzie kiedyś tak, że zostaną same obrazki - co prawda nieprzyjemne, ale nie wywołujące paraliżującego strachu?? Ja wciąż i wciąż doznaję piorunującej mieszanki negatywnych emocji kiedy przypominają mi się niektóre sytuacje z mojego życia... I wcale nie jest tak, że z każdym kolejnym razem ten strach jest mniejszy... Znowu mam 8 lat i znowu chcę się stać niewidzialna... albo uciec... tylko dokąd??





(0)dag mniej



20.września.2011 :: 21:29

mój umysł nie współpracuje z moim ciałem. Mój umysł mojego ciała nienawidzi... od wczoraj zastanawiam się czy przez przypadek nie wypiłam kawy z tłustym mlekiem zamiast z odtłuszczonym... OD WCZORAJ!!! To jest na oko 70 kcal różnicy... 70 kcal które zaprząta mi myśli od wczoraj... no i cóż... 


Żal mi mojej terapeutki, że musi słuchać takich bzdur... 


(0)dag mniej



17.września.2011 :: 17:00

bardzo źle się dzisiaj czuję... nie wiem co się dzieje... i do tego jestem całkiem sama w domu - jak zresztą całe wakacje... 

Są takie momenty - jak dziś - kiedy się boję. Całkowicie irracjonalnie się boję. Chciałabym się położyć na chwilę, żeby przestała mnie boleć głowa, ale mam jakieś chore przeświadczenie, że jak pozwolę sobie na chwilę snu to się nie obudzę. Nie mam ku temu żadnych sensownych przesłanek - po prostu nieokreślony lęk, który nie ma żadnego uzasadnienia.

Swoją drogą to ciekawe - pół życia robiłam wszystko, żeby się zniszczyć. Cięłam się, głodziłam, wymiotowałam, ćwiczyłam do nieprzytomności. A kiedy dzieje się coś nad czym nie panuję, a co potencjalnie (zapewne tylko i wyłącznie wewnątrz mojej głowy) może oznaczać koniec życia - boję się. 

O ironio losu...


(1)dag mniej



16.września.2011 :: 22:53

Być kobietą...

jak to jest być kobietą?? Co sprawia, że po prostu czuje się takie coś co można nazwać kobiecością?? Czy trzeba czuć się atrakcyjnym? Mieć ochotę na seks? Posiadać partnera, dzieci, duży biust??

Jak to jest być kobietą - może ktoś mi podpowie?? Bo ja mam wrażenie, że moja kobiecość zamyka się w literce "K" na dowodzie osobistym...


(2)dag mniej



14.września.2011 :: 23:32

szczupły...

niektóre słowa wywołują we mnie niespotykaną wręcz agresję... ostatnimi czasy jest to słowo "bardzo szczupła"... No bo jak to jest być szczupłym?? Można być "względnie szczupłym", "raczej szczupłym", "szczupłym", "dość szczupłym", "bardzo szczupłym"... Ja podobno jestem "bardzo szczupła"... i mnie to denerwuje... Bo bardzo szczupła to nie znaczy chuda... Następnym razem kiedy ktoś mi powie "bardzo szczupła" to rzucę tym co będę miała pod ręką... Moja psycho mówi o mnie "bardzo szczupła"... i to też mnie drażni... w sumie chyba najbardziej drażni mnie to właśnie z jej ust.

Niby to tylko słowa. Niby wiem, co ma być przez nie wyrażone... a czuję się tak jakby mi ktoś mówił "ale jesteś gruba". 


(1)dag mniej



10.września.2011 :: 00:18

padły dzisiaj słowa "waga kontraktowa"... Zrobiło mi się najpierw słabo, potem gorąco, a na koniec myślałam że zwymiotuję... Nie chcę żadnej wago kontraktowej... Nie chcę zostać sama!! Bo przecież ją kiedyś osiągnę, biorąc pod uwagę moje aktualne funkcjonowanie... Za miesiąc... Za półtora... A znając mechanizmy rządzące w mojej głowie, pewnie osiągnę ją zdecydowanie szybciej kiedy będzie "TĄ kontraktową" a nie po prostu cyferkami na skali... I co się wtedy stanie?? Zostanę sama - kolejny raz...

Opanowało mnie przerażenie... 


(2)dag mniej



8.września.2011 :: 00:31

dzieje się u mnie źle... nie wiem nawet jak to wyjaśnić... waga zapitala na łeb na szyję... nie jestem w stanie zjeść więcej niż 300 kcal bez wymiotowania... z premedytacją wyprowadzam z równowagi moją psycholog (co nie jest rzeczą łatwą!)... nie mam już siły... ręce mi opadają...

już nie tak dużo brakuje do mojej najniższej (kiedyś i teraz wymarzonej) wagi. I muszę przyznać, że mnie to w żadnym zakresie nie cieszy... Strasznie się tego boję - a z drugiej strony robię wszystko żeby to osiągnąć... Wiem, że kiedy w końcu się uda zostanę całkiem sama... bo psycho nie podejmie się mojej terapii, matka się wścieknie, zawalę studia i wyląduję na oddziale... Ale aktualnie nie mam nad tym najmniejszej kontroli... zaczęłam do bilansu kalorycznego nawet gumę do żucia wliczać... bez kartki, bez ołówka... w głowie mam wbudowany kalkulator...




(3)dag mniej



9.sierpnia.2011 :: 23:41

tydzień... tyle wytrzymałam... aż i tylko...

(0)dag mniej



31.lipca.2011 :: 22:41

siedzę sobie własnie przed ekranem komputera i zastanawiam się czy to już pora że udać się do łazienki?? Nieee... jeszcze 10 minut...

Jest w tym trochę pokręconej logiki... bo skoro wiem że i tak wszystko z siebie wyrzucę to odciągam ten moment chociaż trochę dając mojemu pokopanemu ciału możliwość wchłonięcia chociaż pewnej ilości czegokolwiek... 

Dawno już nie czułam się tak dziwnie... dawno już nie funkcjonowałam w tak perfekcyjnym trzydniowym ciągu... trzy dni wymiotowania, trzy dni głodowania, trzy dni wymiotowania, trzy dni głodowania... Czuję się tak jak się czuje dziecko na karuzeli... na początku jest fajnie, ale potem chce się zejść bo robi się niedobrze... tylko że trzeba poczekać, aż karuzela się zatrzyma... a moja się cały czas kręci...

Ostatnio doszłam do wniosku, że w tym wszystkim rzeczywiście wcale nie chodzi o mój wygląd... bo ja od tego wcale nie chudnę... czasami wręcz przeciwnie... Mam taka swoją wagę kotwicę do której cały czas wracam, cały czas się wokół niej kręcę +/- 2 kg... nic z tego nie rozumiem... Moje ciało nie wygląda jak ciało młodej kobiety... bardziej jak kogoś maltretowanego fizycznie... z zapuchnięta twarzą i zapadniętymi oczami... Nic w tym ładnego... Brzuch nigdy nie jest taki idealnie płaski jak dawniej... dłonie poorane (bo nigdy nie nauczyłam się inaczej wymiotować... no cóż ani to sukces ani porażka)... I jakby z każdym dniem mniej we mnie młodości, mniej nadziei, mniej wiary w lepsze jutro... 


Mam pluszowego misia... kiedy jestem w domu cały czas chodzę z nim pod pachą... Śmieszne, prawda?? Bezpieczniej się z nim czuję... Ale nigdy nie zabieram go do łazienki... niech przynajmniej on na to nie patrzy... 


(0)dag mniej



30.lipca.2011 :: 23:05

"Pani X to nie jest realne! To jest w Pani głowie. Rzeczywistość jest inna..."


Co za ulga... Czyli co?? Całe moje życie (albo przynajmniej ostatnie 6 lat) to iluzja?? Super!!! Idę się napić całkowicie realnej wódki!!!







(0)dag mniej



28.lipca.2011 :: 00:06

Przeżywam terapeutyczny impas... nie wiem o czym mówić, nie wiem czy w ogóle mówić... Wszystko wydaje mi się takie nieważne... A co gorsza jakoś podświadomie czuję, że przywiązuje się do tej kobiety i mnie to martwi, bardzo martwi... Zamiast iść do przodu to się cofam... Boję się że jak sobie pozwolę na bycie otwartą, szczerą to zostanę sama... Kto chciałby przebywać z wiecznie smutnym człowiekiem - do tego smutnym z braku racjonalnej przyczyny??

Topię się w sobie, brakuje mi powietrza, nie potrafię się przełamać...  Rzygam albo głoduję... Chciałabym przestać czekać, przestać myśleć... po prostu żyć i nic więcej... Ale obawiam się, że aktualnie nie potrafię...


(0)dag mniej



16.lipca.2011 :: 22:22

histeria, histeria, histeria, histeria...

nie zdążę... nie zdążę... zrobię z siebie kretynkę... Umieram ze strachu... A dlaczego?? Bo mój promotor chce się ze mną spotkać żeby porozmawiać o pracy magisterskiej... A ja już mam wizję tego jak mówi mi, że wszystko jest bez sensu a ja jestem tępa... 

Mam do przeczytania jeszcze jakieś 1100 stron... i 36 godzin... 

Nienawidzę tego... przerost ambicji... próba pokazania wszystkim dookoła, że jestem coś warta... Próbuję pokazać a w głębi duszy uważam, że nie jestem... Ale inni nie muszą o tym wiedzieć... W oczach innych muszę być lepsza niż w swoich własnych. 


(1)dag mniej



30.czerwca.2011 :: 00:31

Zakończyłam sesję. Rozpoczęłam wakacje. Poczułam że jednak się starzeję - jest mi zasadniczo wszystko jedno czy te wakacje są czy ich nie ma... wolałabym żeby były zajęcia, żebym miała się czym zająć... a tak?? Nie wiem co ze sobą począć. Nie mam pomysłu jak zagospodarować czas aby nie myśleć zbyt wiele... 


Wiele mogłabym napisać, ale kiedy próbuję ubrać w słowa to co się ostatnio działo wszystko staje się banalne. Nie chcę pisać o banałach!!! 


Wyznaczyłam sobie kolejny termin - 1,5 miesiąca na doprowadzenie się do porządku. Tak, wiem - to jest całkowicie bez sensu, bo nieraz już tak robiłam i nie było żadnego efektu. Ale ja muszę mieć jakiś cel - chociażby iluzoryczny. 

Więc po raz kolejny liczę na to, że mi się uda!! Kiedyś przecież musi, prawda??




(3)dag mniej



17.czerwca.2011 :: 23:26

zmiażdżona, zdeptana, stłamszona, wykończona... oto mój dzisiejszy dzień







(0)dag mniej



14.czerwca.2011 :: 23:32

Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy...

Tyle było dni do utraty sił 
Do utraty tchu tyle było chwil 
Gdy żałujesz tych, z których nie masz nic 
Jedno warto znać, jedno tylko wiedz, że 

Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy 
Ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy
Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy 
Ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy

Pewien znany ktoś, kto miał dom i sad 
Zgubił nagle sens i w złe kręgi wpadł 
Choć majątek prysł, on nie stoczył się 
Wytłumaczyć umiał sobie wtedy właśnie, że

Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy 
Ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy
Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy 
Ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy

Jak rozpoznać ludzi, których już nie znamy? 
Jak pozbierać myśli z tych nieposkładanych? 
Jak oddzielić nagle serce od rozumu?
Jak usłyszeć siebie pośród śpiewu tłumu?

Jak rozpoznać ludzi, których już nie znamy? 
Jak pozbierać myśli z tych nieposkładanych? 
Jak odnaleźć nagle radość i nadzieję? 
Odpowiedzi szukaj, czasu jest tak wiele... 

Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy 
Ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy
Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy 
Ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy


(0)dag mniej



2.czerwca.2011 :: 22:46

potrzebuję spokoju... na chwilkę... 







(0)dag mniej



24.maja.2011 :: 18:35

jestem na najlepszej drodze do poddania się... Cały dzień płakałam... Całą sesje płakałam... Już nie mam czym płakać. Zabrakło mi łez. Było mi tak wstyd! Wstyd, że nie potrafię się opanować, chociaż bardzo się staram. A im bardziej się starałam, tym bardziej mi się płakało. 

Nie mogę się teraz posypać!! Nie ma takiej możliwości!! Ja nie mam na to czasu!! I nie chcę... 


Wyrzuciłam wszystko co ostre... żyletki, nożyczki... Żeby mnie nie kusiło. Bo to przecież nie jest rozwiązanie!! Ale czuję, że niewątpliwie bardzo by mi ulżyło. 


(0)dag mniej



18.maja.2011 :: 23:25

Dzień pod hasłem: niech mnie ktoś zastrzeli! Od 9.00 do 21.00 byłam na uczelni. Jestem zmęczona i ledwo na oczy widzę, ale jakby szczęśliwsza. Lubię kiedy mam dużo zajęć - nie mam czasu na głupie myśli ani na bezproduktywne analizy. 

Wczoraj miałam dziwna sesję - jakby inną niż wszystkie. Po raz pierwszy chyba pomyślałam, że może coś w tym wszystkim jest. Że może rzeczywiście jest tak, iż jestem w stanie oceniać siebie tylko przez pryzmat choroby. Że nie potrafię zaakceptować, że oprócz tego jest we mnie coś jeszcze, co może być dobre... i nawet jeśli nie radze sobie w jakimś obszarze życia to nie znaczy, że nie mogę radzić sobie w innych... 

Długo nad tym wczoraj rozmyślałam i może rzeczywiście tak jest? Każdą swoją potencjalnie pozytywną stronę przekreślam porównując do tego co mi nie idzie. Nauka, zainteresowania - wszystko jest nieważne w kontekście jedzenia... jego braku lub nadmiaru... nieważne i bezwartościowe... 


Mam nadzieję, że kiedyś się to zmieni... będę się starać to zmienić... tylko cały czas się zastanawiam jak to się ma stać... Wpadnie mi do głowy jakiś genialny pomysł?? A może po prostu pewnego dnia się obudzę i dojdę do wniosku, że jestem super??

Nie mam pojęcia... 



(0)dag mniej



11.maja.2011 :: 23:36

z tłuszczu...

podobno jestem chuda... KŁAMSTWO!! podobno jestem zgrabna... KŁAMSTWO!! podobno jestem ładna... KŁAMSTWO!! 

Wszyscy kłamię - ja też kłamię! Kłamię, że nic się nie dzieje, że nic mnie nie martwi, że wszystko dobrze. Kłamię cały czas! 

Dlaczego wszystko opiera się na kłamstwie? 


Ubrałam się dzisiaj w sukienkę... stałam przed lustrem - czarne rajstopy, czarne buty, sukienka tez czarna... żałoba?? nie - to raczej mój charakter... czarny...

P: "weź sobie ciastko"
ja: "nie, dziękuję. Muszę się odchudzić"
P: "czy ty jesteś normalna?"
ja: "a dlaczego?"
P: "sterczą Ci kości. z czego chcesz się odchudzać?"
ja: "z tłuszczu moja droga, z tłuszczu..."
 
i tak wyglądała moja super-inteligentna rozmowa dnia dzisiejszego... I cóż... jestem pustą, plastikową kretynka dla której wygląd zewnętrzny jest najważniejszym wyznacznikiem wszystkiego. To smutne... ale niestety tak jest i nic na to nie poradzę. Nie umiem się przekonać, że to nie jest ważna, że mogę być wartościowa, że ktoś może mnie lubić za to kim jestem... 


(3)dag mniej



3.maja.2011 :: 17:01

znalazłam kiedyś w internecie quiz. Pytanie "jakich słów używasz najczęściej?". Z zasady nie wypełniam tego typu rzeczy, nie bawię się w definiowanie własnej osobowości na podstawie wątpliwych wskaźników. Ale zastanowiło mnie to na chwilę. Jakie słowa mogłyby mnie opisać? Co jest dla mnie charakterystyczne? Jak znamię na ramieniu czy pieprzyk na szyi... Gdybym miała wybrać kilka takich słów, to lista wyglądałaby pewnie tak:

1. muszę
2. należy
3. nie wolno
4. nie umiem

To nawet dość ciekawe, bo te kilka słów przyszło mi do głowy od razu, bez zastanawiania. Same ułożyły się w listę. Przymus, powinność, zakaz, porażka. 

Wypisz, wymaluj - bulimiczka...


Dopadł mnie ostatnio dół... siedzę i ryczę... ale specyficznie... bez łez. Normalnie płakać nie potrafię. 

Wstaję rano, piję kawę i palę papierosa. Wychodzę z domu. Unikam każdego miejsca które ma cokolwiek wspólnego z jedzeniem. Nie wchodzę do sklepów, kawiarni, barów. Nie zbliżam się do niczego co mogłoby sprawić iż nad sobą nie zapanuję. Tak spędzam cały dzień... nie dotykając nic do jedzenia, pijąc od czasu do czasu kilka łyków wody... niezbyt dużo, żebym jej nie czuła w środku... Wracam do domu... koło 19 - 20... i zaczyna się moja tragedia... 

Próbowałam już wszystkiego... nie robiłam zakupów, wyrzucałam wszystko co było w lodówce... Kończyło się na tym, że potrafiłam jeść nawet surowy makaron... 

A potem leżę na podłodze łazienki zwinięta w kulkę i płaczę... bez łez... nad sobą...

I zastanawiam się co skończy się pierwsze: moja bulimia, czy moje życie?? Aktualnie wszystko wskazuje na druga opcję... 


Samotność, żarcie, kibel... trylogia upadku...






(0)dag mniej



12.kwietnia.2011 :: 00:06

żeby być...

Wrażanie siebie jest trudne. Ubranie w słowa tego co się czuje, co boli, co cieszy. Nie potrafię tego robić. Za każdym razem kiedy próbuje ubrać w słowa to co czuje mam wrażenie, że to takie prymitywne, proste... że wcale nie jest ważne, ze ja nie jetem ważna. I kiedy już próbuję nazwać to co czuję, to co we mnie jest dochodzi do sytuacji w której myślę sobie, że to tak naprawdę we mnie nic nie ma...

Ale coś we mnie musi być... coś co sprawia, że szukam różnych sposobów na rozładowanie, na wyjście z patu. 

W każdym pseudo-poradniku psychologicznym pełno jest rad w stylu "wyraź siebie", "pokaz prawdziwe emocje", "daj sobie prawo czuć"... tylko jakoś w żadnym nie ma metody na to jak to zrobić... 

Stoję w miejscu i się gapię... gapię się na siebie i się śmieję... cynicznie, ironicznie, z odrazą. Jakbym patrzyła na coś żałosnego, małego, nic niewartego. A ja patrzę na siebie - na człowieka, który się pogubił... Czy jeśli znajdę drogę to będę mniej żałosna??


Chcę płakać... ale nie wiem jak... umiem tylko ironicznie się uśmiechać... Niech mnie ktoś przytuli, pogłaszcze, powie, że jestem warta tego, żeby być... proszę. 




(3)dag mniej



4.kwietnia.2011 :: 23:08

samo-wstyd

wstydzę się... ogromnie się wstydzę... przed samą sobą! Nie przed lustrem, nie przed ludźmi, bo to nie jest takie ważne. wstydzę się przed sobą, że nie potrafię doprowadzić się do porządku. Jeden, jedyny raz w życiu miałam prawdziwą, pełnoobjawową depresję... z wstawaniem o 3:30 rano, brakiem sił na cokolwiek, lekami, psychiatrami i całą resztą... i na początku czułam się tak, jak czuję się teraz... Źle się dla mnie skończyło ostatnim razem... blizny mam do tej pory... I nie mogę sobie pozwolić na kolejny raz... 


Bycie poza moim pokojem bardzo mnie męczy... ludzie mnie drażnią... najlepiej czuję się kiedy jestem sama... Mogłabym tez pochodzić sobie po mieście, z okularami na oczach i słuchawkami w uszach... Całe życie byłam bardzo samotnym człowiekiem. Nigdy nie absorbowałam nikogo swoją osobą. Wydawało mi się że nie mam do tego prawa... i pewnie miałam rację... Ale teraz, kiedy sobie pomyślę, że chciałabym aby ktoś był... ktokolwiek... nikogo nie ma... bo tak pokierowałam swoim życiem, że usunęłam z niego wszystkich... Nikt przecież nie będzie się dopraszał mojego towarzystwa. i czy ja  się dziwię? Ależ skąd!! 


Po raz setny napiszę to samo - MAM, CO CHCIAŁAM!! 


(1)dag mniej



27.marca.2011 :: 22:47

I tak... jeszcze jeden rok starsza - teraz już oficjalnie. Brak mi w związku z tym jakichś głębszych przemyśleń. 

Czuję się jakaś taka dziwnie nieszczęśliwa - bez powodu. Rzadko mi się zdarza, żebym nie mogła się doczekać piątku. Dzisiaj marzę o tym, żeby już był. Ale to jeszcze tak daleko!!  A przed piątkiem tyle rzeczy trzeba zrobić na które teraz nie mam siły... no ale cóż... Czyżby to oznaczało, że zaczynam się uzależniać od osoby od której nie powinna?? Znowu trzeba będzie uciekać?? Obiecywałam sobie, że nigdy więcej nie ucieknę!! i tego się trzymajmy!! Nigdzie nie ucieknę, nigdzie nie pójdę!! 

Spędziłam cudowny weekend... 2,5 dnia i 11 razy w łazience... co daje 4,4 raza dziennie. Zawsze byłam dobra z matematyki. Nie mogę mówić i bolą mnie płuca, gardło i każdy możliwy mięsień. ale jakby na własne życzenie więc przyjmę to z godnością - o ile w mojej sytuacji można mówić o jakiejkolwiek godności, w co wątpię.


Może w końcu zarzygam się na śmierć i przynajmniej będzie spokój... Nie wiem czy tego sobie życzyć?? W dniu dzisiejszym wydaje mi się to niezwykle kusząca opcja...


(3)dag mniej



12.marca.2011 :: 21:38

DZISIAJ BYŁ PIĘKNY DZIEŃ!! Po raz pierwszy tego roku wyszłam z mieszkania i nie zmarzłam. Słońce tak pięknie świeciło!! chciało mi się biec nad Wisłę, spacerować po Rynku, przyglądać się przechodzącym ludziom.


Czasami tak mam, że czuję się na chwilę szczęśliwa - zazwyczaj bez powodu. Nie musi stać się nic szczególnego - po prostu cieszy mnie wszystko co mnie otacza. Szkoda tylko że tak rzadko mi się to zdarza.


Myślę nad zwiększeniem częstotliwości mojej terapii... Ostatnio o tym rozmawiałyśmy w trakcie spotkania... chociaż rozmawiałyśmy to zbyt dużo powiedziane... raczej ona mówiła, co jest niesamowicie zaskakujące dla terapeuty psychodynamicznego... no ale gdyby ona nie mówiła to milczenie trwałoby pewnie całą godzinę. Myślę nad tym usilnie... Bo de facto nic się we mnie nie zmienia... Nic nie drgnęło... No i znowu chudnę... Nie wiem już co mam robić... Więc może zacznę od zwiększenia częstotliwości spotkań??




(2)dag mniej



19.lutego.2011 :: 01:55

Dzisiaj uświadomiłam sobie jedną rzecz - i ogarnęło mnie przerażenie. Ja naprawdę jestem zaburzona. Zdałam sobie sprawę, że ja chyba wcale nie chcę, żeby było lepiej... bulimia mi wiele załatwia... mam na co zwalić to że nie mam przyjaciół, zainteresowań, pasji. Stała się perfekcyjna wymówka na wszystko. Nie mogę wyjść z ludźmi, bo co jeśli będą chcieli iść na pizzę? Nie mogę się zaangażować w nic dla siebie, bo na to nie zasługuję... Nie daję sobie żadnej szansy. Udaję, że coś robię, a tak naprawdę stwarzam tylko pozory. Na terapie chodzę też tylko dla zachowania pozorów, żeby nie dopuścić do siebie, że nie chcę żeby było lepiej... 

Nigdy nie miałam odwagi ze sobą skończyć... Myślałam o tym, ale nigdy nie przechodziłam ponad plany i wyobrażenia... A dzisiaj uderzyło mnie, że tak naprawę to mam na to odwagę! Codziennie jestem coraz bliżej... Z każdą wizyta w łazience jestem bliżej... 

Nie wiem co z tym zrobić. Całemu światu mogę wmawiać bzdury, ale sobie tylko do pewnego stopnia. 

pusta laleczka, która chciała być piękna a w zamian ma czerwone oczy i opuchniętą twarzą.

Brawo!! Udało ci się!! Autodestrukcja w najczystszej postaci... Już wolałam być pocięta... wtedy ból sprawiał, ze było mi lepiej... A teraz za każdym razem kiedy wychodzę z łazienki czuje się coraz mniej człowiekiem... Coraz mniej warta tego aby coś osiągnąć, zdobyć, żeby sobie poradzić. 

Osiągnęłam cel - zniszczyłam to czego i tak miałam niewiele. 


(0)dag mniej



23.stycznia.2011 :: 01:46

I tak mija czas. Dzień za dniem, noc za nocą. Coraz starsza, coraz bardziej zgorzkniała... Ale wciąż marząca o lepszym życiu - JA.

Zbliżają się powoli moje kolejne urodziny. I kolejny rok pozostawiający gorzkie refleksje i stosy niezałatwionych spraw. Układa się z tego całkiem pokaźna wieża. Klocki nierówne, powyginane... konstrukcja kołysząca się na wietrze. Ale ta wieża się trzyma - niejako wbrew prawom fizyki, na przekór losowi. Trzyma się i będzie się trzymać. bo póki istnieje choć jedna iskra nadziei, póty będzie się opierać niesprzyjającym wiatrom i ulewnym deszczom. 



Wieża ma pięćdziesiąt łokci w dół i tyleż w niebo. 
W lochu pod wieżą siedzi człowiek. 
Król przywiązał go do sumienia łańcuchem. 
Po pięknym życiu liczy dni, ale nie czeka. 
Na szczycie wieży mieszka astronom. 
Król kupił mu lunetę, aby przywiązać go do wszechświata. 
Astronom rachuje gwiazdy ale nie boi się. 
Ten na górze i ten niziutko zasypiają pełni liczb. 
Dlatego rozumieją się. 
Nie mają gołębia, ale za to czarny kot nosi wiadomości z lochu na szczyt. 
- Przybył jeden dzień - mówi astronomowi. 
A do więźnia :
- Urodziła się gwiazda. 
Wszyscy trzej mają zielone oczy. 
Od tego wypatrywania, nie od nadziei.

Z. Herbert



(0)dag mniej



1.stycznia.2011 :: 02:24

Happy (???) New Year

Nowy Rok - podobno czas na nowe postanowienia. Ja mam tylko jedno - nie wiem czy to postanowienie, czy marzenie... Ale na pewno tego sobie życzę...

- MÓC ZA ROK O TEJ PORZE POWIEDZIEĆ ŻE JESTEM ZDROWYM CZŁOWIEKIEM - ALBO CHOCIAŻ TROCHĘ ZDROWSZYM!!

i tego sobie i Wam, którzy macie z tym problem życzę!!

Dobrego Nowego Roku!!

(1)dag mniej



27.grudnia.2010 :: 22:07

Foolish game called X-mas

miałam tu nie zaglądać, nie pisać... przez jakiś czas... Ale kiedy znowu okazuje się, że jest mi ciężko i że normalny człowiek w takiej sytuacji bardzo chciałby porozmawiać, wyżalić się - ja wracam na bloga.

kolejne święta minęły. O dziwo - nie miałam problemu z jedzeniem. Po prostu postanowiła, że co ma być to będzie i nie będę sobie tym zaprzątać przedwcześnie głowy. Wigilia, 1szy i 2gi dzień świąt po raz pierwszy od kilku lat były prawie normalne!! Albo raczej - wbrew moim oczekiwaniom zamiast jeść i lądować w łazience - nie jadłam. Było cudnie. Ale ja to bywa - długo to nie trwało id zień dzisiejszy już nie jest taki kolorowy. Ale o tym pisać nie będę... ryzyko zawodowe bulimika i tyle.

Wróciłam do domu tuż przed wigilia... kilka godzin przed... Nie minęło nawet 3 kwadranse od mojego przyjazdu a już miała miejsce pierwsza awantura... Potem niemiłe życzenia świąteczne... Tradycji stało się za dość... Prezenty pod choinką jak zwykle zbyt drogie i wymyślne - żeby nie było, że ktoś na kimś oszczędza... Mnie sama kosztowało to 1800 zł... 3 miesiące oszczędzania... Na szczęście już po świętach...

Od dziecka nienawidziłam świąt bo zawsze kojarzyły mi się przepychankami, awanturami, płaczem matki i smutkiem - podczas gdy Mikołaj Coca Coli i reklamy w TV mówiły mi, ze ma to wyglądać inaczej!! Nic się w tym zakresie nie zmieniło - tylko ja urosłam...




(0)dag mniej



2.grudnia.2010 :: 21:45

Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam!! Na pierwszej stacji, teraz, tu!

Jeśli ktoś jest zainteresowany taka informacją - zawieszam bloga... może na miesiąc może na dłużej... nie wiem...

Po co mam pisać ciągle o tym samym? Co to da?? Nic... I tak nie dam sobie z tym rady. Przynajmniej nie będę sama czytać o własnych porażkach.


Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat - ja wysiadam...





(1)dag mniej



30.listopada.2010 :: 21:28

Drogę wytycza się idąc...

krok za krokiem, metr za metrem... ciągle idę. Nie wiem po co, nie wiem gdzie - ale idę do przodu, bo tak zostałam nauczona. Nie zatrzymuję się, nie zastanawiam - bo przecież wszystko mija, wszystko można "obejść". I nagle dochodzę do uskoku - niewielkiego, na jeden krok... i chce ten krok zrobić a tutaj okazuje się, że mój bagaż... początkowo mała walizeczka... zamienił się w ogromny tobół który dźwigam na plecach... i nie dam rady oderwać się od ziemi... Wyjścia są dwa - zatrzymać się lub spaść.

I stoję tak i zastanawiam się czy skoczyć czy poczekać... a tobół ciągle rośnie. Zaczyna mnie przygniatać do ziemi, tak ze ledwo trzymam się na nogach - i już wiem, że nic nie dam rady zrobić... Bo wyrzucając tobół, wyrzuciłabym siebie. Zostawiając go - skazują się na zagładę...

(0)dag mniej



28.listopada.2010 :: 18:29

"Światowa" refleksja

Świat jest taki ogromny. Tyle rzeczy dzieje się dookoła. Każda sekunda naznaczona jest czyjąś tragedią i czyimś szczęściem... ktoś się rodzi, ktoś umiera... Myślałam sobie nieraz że to takie niesamowite, że tyle rzeczy wydarza się dookoła a my ich nawet nie dostrzegamy. Każda chwila jest dla kogoś ważna, jedyna, niepowtarzalna.

Pięknie byłoby uczestniczyć w tym pędzie. Zatopić się w otaczającym zgiełku. Czuć że się JEST i że są inni. Że można wyciągną rękę i ktoś ją złapie, powstrzyma przed upadkiem albo poklepie przyjacielsko po ramieniu. Ale świat do niczego nie zmusza - trzeba tego chcieć, trzeba o to poprosić... Ale co jeżeli się nie potrafi??

Nigdy o nic nikogo nie prosiłam... nie zabiegałam o zainteresowanie, miłość, troskę. Więc dlaczego teraz zdziwieniem ogarnia mnie fakt, ze to nie mam? Cynizm...

......

dawno już nie miałam cię Żyletko w ręce. dawno nie uspokajałam się Twoim metalowym chłodem. I nadszedł czas kiedy to powróciłaś do łask. Niech żyją powroty!! I niech żyją wszyscy przegrani...


[edit]


i znowu mi się nie udało... nawet nie mam już siły się na siebie wściekać. Czuję się totalnie zrezygnowana... Co ja mam zrobić?? Przecież ja się kurwa staram... nienawidzę takiego życia. Młodość utopiona w łazience... Niech mi ktoś coś doradzi... cokolwiek!! Bo jak ja mam się starać pracować nad sobą, zawalczyć siebie kiedy za każdym razem wszystko przepada wraz z chwilą gdy ląduję głową w muszli?? Niech mi to ktoś wytłumaczy... Chce żeby już był piątek... chcę z kimś porozmawiać!! Ale nie mam z kim :(:(

Życie toczy się dalej... a ja ciągle stoję w tym samym miejscu...




(0)dag mniej



28.listopada.2010 :: 01:56

siedzę sobie w sobotnią noc i... się uczę... Ale tak to jest kiedy nie ma się motywacji i potem trzeba robić wszystko naraz...

spadł pierwszy śnieg! trochę jestem już za stara żeby się z tego cieszyć, ale zasmucił mnie fakt, ze nawet mnie to nie obleciało - ani w pozytywny ani negatywny sposób. Skoro spadł śnieg to znaczy że niedługo święta - których szczerze nienawidzę - a potem sesja... Już na samą myśl o konieczności spotkania z całą rodziną i udawania niezwykle zadowolonej z tego faktu mnie przytłacza. Nie lubię sztucznej serdeczności i zainteresowania... udawania że prezent jak zwykle jest idealny i właśnie dokładnie to chciałam dostać. Staranie się aby wszystko było idealnie w jeden wieczór przez 2 godziny - a potem mycie naczyń przez 4... Fałsz i obłuda. Ubieranie choinki, która już dawno przestała cokolwiek znaczyć - ot ozdoba jak każda inna - nikt nawet nie wie po co to robi.

Szczerze NIENAWIDZĘ świąt...

A tak poza tym, to nie wiem co mam zrobić ze swoją zrytą główką - chyba pozostaje mi tylko amputacja niepotrzebnego narządu, jakim niestety ostatnio się stała. ja po prostu za dużo myślę... myślę i myślę i ciągle dochodzę do wniosków które mnie załamują... A czy nie łatwiej byłoby nie myśleć?

Powoli dochodzę do swojej 'normalnej' wagi - szkoda tylko że nie jest to skutek zdrowego trybu życia i braku wymiotowania. Ale przecież nie można mieć wszystkiego, prawda??

(1)dag mniej



24.listopada.2010 :: 00:16

nigdy nie słucham radia... Dzisiaj jakoś tak od niechcenia włączyłam je na chybił trafił... i co?? a no...




czy to jakiś znak?? ja nie wierzę w znaki... w sumie to w nic nie wierzę...



(0)dag mniej



23.listopada.2010 :: 03:25

nie mogę spać. Przeczytałam już po 2 razy to co mam przygotować na jutrzejsze zajęcia... nie mam się czym zajęć. Musze za to wstać o 7.00 - chociaż niewątpliwie moją pozytywną cechą jest to, że przy bardzo małej ilości snu świetnie funkcjonuję. Zapowiada się kolejny nużący dzień, który upłynie pod znakiem czekania na wieczór... Tak mi ostatnio mijają wszystkie dni - wstaję i nie mogę się już doczekać kiedy znowu pójdę spać... a pomiędzy jakby czarna dziura. To przykre - dni mijają, a każdy taki sam choć już nie ten sam

I tak właśnie przepływa mi młodość, życie między palcami...

(0)dag mniej



17.listopada.2010 :: 01:56

niewiele się dzieje... bardzo, ale to bardzo się staram trzymać w jakim takim pionie. Ale idzie mi marnie :/ Zapewne po raz setny napiszę, że nie wiem co robić... jest to niesłychanie demobilizujące. Ale nie napiszę przecież że sobie świetnie radzę, bo nawet ja nie potrafię tak kłamać... Mam ochotę na ogromne zakupy. To żałosne, ale kupowanie torebek, kolczyków, bluzek i tego typu rzeczy poprawia mi humor. Więc go sobie będę jutro poprawiać... Ale wolę wydać pieniądze na to niż na jedzenie lub pseudoefedrynę... Przynajmniej bluzka nie zrobi mi krzywdy... A raczej ja nie zrobię sobie nią krzywdy...

(0)dag mniej



12.listopada.2010 :: 22:30

Dzisiaj moje sesja była straszna... całą godzinę powstrzymywałam się żeby nie płakać... Było jakoś tak strasznie smutno... Ale po raz pierwszy poczułam dzisiaj coś na kształt szczerej sympatii do mojej terapeutki... Kiedy skończyłyśmy, siedziała i patrzyła na mnie, po czym zapytała jak się czuje... ja łamiącym się głosem powiedziałam że w porządku... A ona z takim miłym uśmiechem na twarzy odpowiedziała, że tak, cóż innego mogłam jej odpowiedzieć... I poczułam się trochę tak jakby ktoś przejmował się tym jak się czuję... to było miłe.

Kiedy wyszłam, zamknęłam za sobą drzwi i stanęłam na korytarzu przy ścianie... Stałam, starałam się oddychać, bo dopadło mnie coś na kształt astmy... myślałam, że się uduszę... popłynęły łzy... całe strumienie łez... Chciałam się uspokoić zanim wyjdę z budynku, ale nie dałam rady... Szłam przez miasto i płakałam... z papierosem... jednym odpalanym od drugiego. I nic mnie nie obchodziło, że ludzie na mnie patrzą... spuściłam głowę i pozwoliłam, żeby łzy kapały na moje zamszowe buty... Mam je teraz całe w białych plamkach...

Nie wiem już nic... Potrzebuję kogoś kto by mnie przytulił i powiedział, że wszystko będzie dobrze. Pogłaskał po głowie, usiadł i pomilczał ze mną. Żeby był przy mnie. Żeby powiedział, że jestem coś warta. Potrzebuje takiego kogoś... Ale nikogo nie mam...


(2)dag mniej



11.listopada.2010 :: 23:38

Im bardziej się starasz - tym gorzej wychodzi. Chcesz zdobyć coś, co wydaje ci się wartościowe, ważne... a kiedy już to masz okazuje się ze to zwykły śmieć... Nic nie warty...

Przychodzi tez taki moment kiedy tak bardzo się starasz osiągnąć coś ważnego że przez pomyłkę zaczynasz robić wszystko na odwrót... na opak... zamiast naprawiać - psujesz.

I kiedy zamiast chudnąć - tyjesz, zamiast nie jeść - jesz, zamiast śmiać się - płaczesz, zamiast kochać - nienawidzisz... wtedy właśnie wiesz, że powoli brama twojego getta się zamyka. Jeszcze kilka chwil i będziesz w potrzasku. i chcesz biec... patrzysz w stronę bramy, chcesz postawić krok... Ale twoje nogi są przykute łańcuchem do najbliższego drzewa... A wredny głosik w głowie szepce "nigdzie nie pójdziesz szmato, tu jest twoje miejsce".

Więc stoję przy drzewie i czekam... może na sępa, może na rozpędzoną ciężarówkę, a może po prostu na upływający czas?? Nie wiem na co czekam i nie wiem również po co.


(0)dag mniej



9.listopada.2010 :: 01:12

nie zasłużyłaś nieudacznico na dzień numer trzy... I co? Co zrobisz? Nic nie zrobisz bo się boisz tchórzu!! Więc idź!! Popłacz sobie w poduszkę i poużalaj się nad sobą bo nic innego nie potrafisz... A nawet to ci kiepsko idzie!!

(4)dag mniej



8.listopada.2010 :: 01:49

Dzisiaj jest drugi dzień reszty mojego życia... Pierwszy wyglądał jak wszystkie inne... Ale może drugi będzie wyjątkowy? Może pod koniec dnia powiem sobie, że zasłużyłam na dzień trzeci?? Może...

(6)dag mniej



2.listopada.2010 :: 00:47

nie mogę na siebie patrzyć... nie mogę, nie mogę, nie mogę...

I co z tego że próbuję sobie wytłumaczyć, że 1 czy 2 kg to nie tragedia. Dla mnie to ciągle tragedia... Jak 3-letnie dziecko... Nic racjonalnego, żaden argument nie dociera...

I szlag mnie trafia, kiedy myślę o własnej bezsilności w tym zakresie. Trafia mnie szlag i chce mi się wyć!! I nic mnie nie obchodzi, że to chore, że nienormalne.

Bycie swoim największym wrogiem to smutna sytuacja... Nie można się odseparować, zmienić towarzystwa, powiedzieć "odczep się"... Bo jak mm się odczepić sama od siebie?? Jedyna opcja jaka przychodzi mi do głowy jest zbyt definitywna i nie wchodzi w grę... Bo ja tak naprawdę chcę żyć... Nawet jeśli to moje życie jest nieciekawe, smutne, pokręcone... Jednak jest moje i będę się z nim dalej męczyć... Pomimo faktu, że go nienawidzę!!!

(4)dag mniej



31.października.2010 :: 01:20

będąc w domu całkowicie tracę kontrolę. Muszę jakoś przeżyć weekend... do poniedziałku... Nie dać po sobie poznać, że mi ciężko tak się chować i uciekać. Babcia szczęśliwa, bo rodzinny obiad w komplecie i wnuczka je prawie jak wszyscy - czego nie omieszkała wypowiedzieć na głos. A ja tylko myślę "Tak babciu... tylko nie zbliżaj się po obiedzie do łazienki..."

co gorsza ja się już wcale nie czuję tutaj jak w domu. Gdzie się podziało miejsce które tak nazywałam? Mój rodziny dom to JUŻ nie dom a miejsce gdzie mieszkam na studiach, moje mieszkanie to JESZCZE nie dom... Nie chcę być taka zawieszona pomiędzy!! Smutno mi z tego powodu...

(2)dag mniej



28.października.2010 :: 02:36

Widziałam dzisiaj rodzinę - młode małżeństwo z malutkim dzieckiem. Szli sobie spokojnie chodnikiem i rozmawiali. On patrzył na nią jak na kogoś jedynego w swoim rodzaju. rozmawiali i śmiali się do siebie a dziecko wyglądało z wózka i machało rączkami. wyglądali niesamowicie - tak naturalnie i swobodnie ze szczęściem wypisanym na twarzy.

Zawsze mi się wydawało, że szczęśliwa, kochająca rodzina to mit. Że coś takiego po prostu nie istnieje. Nie możliwe, żeby kogoś kochać za to że jest, troszczyć się i martwić... Tak zwyczajnie. Teraz już zaczynam sobie powoli zdawać sprawę, że to że ja takiej rodziny nie miałam nie znaczy, że wcale takowe nie istnieją. Po prostu miałam w przeszłości pecha i tyle. A jak będzie w przyszłości?


Stwierdziłam już dawno temu, że nie nadaję się na matkę, że nie potrafiłabym kochać swojego dziecka bezwarunkowo, nie akceptowałabym jego wszystkich wad. Zrobiłabym mu krzywdę. To samo tyczy się bycia żoną. I ostatnio natchnęło mnie do refleksji, że przecież nie jestem tego w stanie ocenić nie próbując... To że ja nie miałam szczęśliwego dzieciństwa nie oznacza, ze nie mogłabym go dać innej małej istocie...


I to nastroiło mnie pozytywnie... Że może trzeba po prostu dać sobie szansę??

Inną sprawą jest strach, którego pewnie jeszcze długo się nie pozbędę... Ale to mimo wszystko napawa jakimś optymizmem... Przecież mogę w jakimś stopniu wpłynąć na to kim jestem! nie jestem zdeterminowana wyłącznie przez przeszłość...

Mogę próbować odbudować chociaż kawałki siebie...


(2)dag mniej



22.października.2010 :: 00:51

I tak oto minął kolejny dzień. Dzień jak co dzień - uczelnia, nauka, kawa, papieros. I postanowiłam znaleźć w tym dniu coś dobrego. I myślałam nad tym chwilę, początkowo nie mogąc nic sobie przypomnieć. Ale potem pomyślałam...

"Jak to?? Przecież obudziłam się rano - budzik mnie obudził, więc nie zaspałam. I to niewątpliwie było pozytywne. Potem poszłam pod prysznic i przez 20 minut było mi dobrze, kiedy gorąca woda kapała mi po plecach. I wypiłam - tak jak lubię - mocną kawę. Bez pośpiechu. Poszłam na zajęcia - przecież lubię się uczyć. I znowu byłam przygotowana i zadowolona z tego faktu. Czy to wszystko to jest nic??"

Jest w moim życiu wiele małych,, dobrych rzeczy których nie zauważam, bo zbytnio koncentruję się na tym co złe. Może jeśli codziennie będę tak myśleć o tym co mi się przytrafia to z czasem będzie coraz lepiej??


Spotkałam dzisiaj koleżankę - anorektyczkę. Widujemy się ostatnio rzadko, bo ja mam dużo zajęć, a ona chodzi na uczelnię w kratkę. Patrzyłam na nią i mieszały się we mnie różne odczucia. Z jednej strony było mi je żal, bo wygląda na zmęczoną, ciągle zaspaną, szarą. Z drugiej strony ukłuła mnie nuta żalu... Dlaczego ona może tak wyglądać a ja nie? I jakoś chyba po raz pierwszy dotarła do mnie z dość dużą siłą bezsensowność mojego myślenia. Wiem, że TO JEST ZŁE, ale z drugiej strony PRAGNĘ TEGO jak niczego innego na świecie. I myślałam o tym długo... bardzo długo. Wiem, że nigdy już nie będę wyglądać DOKŁADNIE tak jak chcę, bo mój organizm całkowicie inaczej się zachowuje niż 5 lat temu. Nie wiem czy będę mogła kiedyś być matką. Nie wiem czy kiedykolwiek będę potrafiła stanąć przed lustrem i powiedzieć sobie "Słuchaj, ładna z Ciebie kobieta". Wiem natomiast coś całkowicie innego - to że straciłam 5 lat młodości, które powinny być jednym z najpiękniejszych okresów w moim życiu wcale nie oznacza, że już nigdy nie będzie pięknie.

I może są rzeczy których nigdy nie będę miała - ale świat jest taki ogromny, tyle można zrobić, osiągnąć. Nie chcę żyć w przekonaniu, że wszystko jest dla mnie stracone - bo tak nie jest!! I będę jeszcze kiedyś szczęśliwa!! NA PEWNO!!!

Zaczynam od jutra. Od spotkania z moją terapeutką. Właśnie zaczęłam pisać co jej jutro powiem - za chwilę to wydrukuję... I choćbym miała to przeczytać z kartki, to tak zrobię. Tak sobie postanowiłam. Nie będę siedzieć przez godzinę milcząc z kołaczącą się po głowie myślą, że najlepiej byłoby uciec. Niech się wali i pali - zmiany nie nadchodzą w jeden dzień. Ale przyrzekam sobie, że nie pozwolę jakiejś MAŁPIE zrujnować reszty swojego życia. NIE POZWOLĘ NA TO!!




A man can be destroyed but not defeated.
E. Hemingway



(1)dag mniej



19.października.2010 :: 00:34

niech bóg sprawi, żeby istniał bóg!! I niech sprawi, żebym ja zaczęła istnieć - nie egzystować - ISTNIEĆ. A jeśli nie to proszę przynajmniej o informację zwrotną - będę mogła coś w tym zakresie postanowić.

I niech będzie mi wolno powiedzieć sobie, że próbowałam i że się nie poddawałam i że w jakiś sposób dążyłam do tego, żeby było lepiej. To że się nie udaje to inna kwestia...

A na razie życzę dobrej nocy pędząc do łazienki - bo wybija magiczne 45 minut. Biegnę poczuć się bezwartościowym śmieciem - co czynię regularnie i nieprzerwanie od długiego już czasu.

(2)dag mniej



17.października.2010 :: 23:41

Za oknem coraz zimniej. Po letnich temperaturach przypominają tylko zmarznięte stopy i ręce. Zawsze bardzo lubiłam jesień - w sumie nie do końca wiem dlaczego. W jesieni jest coś co każe myśleć o przyszłości, przypomina o tym że czas szybko mija. Zaraz spadnie pierwszy śnieg, będą święta, Nowy Rok. I tak koło się zamyka.

Trudno mi myśleć o tym co nadejdzie, nie potrafię jakoś ułożyć myśli w logiczny ciąg. Czy mijające dni zmienią coś w moim życiu, czy też po prostu zostanie ono takie jak było tylko starsze... bardziej doświadczone?

Mówi się tylko głupcy uczą się na własnych błędach, mądrzy natomiast uczą się na cudzych... Zabawne, ale ja chyba nie zaliczam się do żadnej z tych kategorii, bo ani na cudzych ani na własnych błędach nie potrafię się niczego nauczyć.

Zaczynam się czuć bardzo dziwnie wśród otaczających mnie rówieśników. Każdy powoli zaczyna mówić o narzeczonych, ślubach, dzieciach, domu... Patrzę na nich jak na nienormalnych. Jak to? Już? Przecież jesteście jeszcze dziećmi!! I wtedy uderza mnie z całą mocą fakt, że nie - nie jesteśmy już dziećmi!. Jesteśmy dorosłymi ludźmi, którzy powinni zaczynać własne życie, zakładać własne rodziny... Tylko ja pozostałam dzieckiem w skórze dorosłej osoby. Dzieckiem które potrzebuje opiekuna, tylko jakoś nikt nie chce się nim zaopiekować a samo się o siebie zatroszczyć nie potrafi, bo za każdym razem robi sobie krzywdę.

"Masz już jakiegoś chłopaka?"
"Nie tato, nie mam na to czasu. Zresztą po co mi problemy"
"To lepiej się pospiesz, bo nikt cię nie będzie chciał i zostaniesz stara panną"


Stara panna?? Jak można być starą panną mając, góra, 8 lat??


(0)dag mniej



13.października.2010 :: 14:53

Od pewnego czasu nie wiem o czym mogłabym tutaj pisać... Założenie, które przyświecało mi w czasie zakładania bloga jakby wyparowało... Stał się on miejscem moich nieustannych użalań nad samą sobą i utyskiwań nad niesprawiedliwością losu... Nie o to mi chodziło!!


Zawsze odważnie sobie zakładałam, że któregoś pięknego dnia napiszę tutaj, ze wygrałam, że jestem szczęśliwym człowiekiem, że lubię siebie i ogólnie moje życie jest OK. Z biegiem czasu zaczęłam sobie zdawać sprawę, że nic nie jest ok i do tego najprawdopodobniej upłynie jeszcze bardzo wiele czasu zanim to nastąpi - o ile nastąpi.


Widzę teraz bardzo wyraźnie ile popełniłam w życiu błędów, ile rzeczy mogłam zrobić lepiej albo po prostu inaczej. Niestety wielu z nich nie uda mi się już naprawić i muszę jakoś przystosować swoje życie - aby konsekwencje mi tego życia jeszcze bardziej nie utrudniły.


Mój młodzieńczy idealizm, zapał do pracy, chęć robienia czegoś tylko i wyłącznie dla pasji już nie istnieją... I pozostałam na rozdrożu, które zmusza mnie do wybrania kierunku a ja za każdym razem cofam się z powrotem na skrzyżowanie...

Czuję się tak jakbym przeżyła już swoje życie. I jak gdyby nic mi już nie pozostało. Zwariowana karuzela się zatrzymała i nie chce ruszyć w żadną stronę... a ja sobie na niej siedzę i zastanawiam się co się popsuło...


To czy kiedyś będzie dobrze zależy tylko ode mnie. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Ale aktualnie nie ma we mnie tego czegoś co pozwoliłoby mi wygrać, walczyć, starać się... Muszę tego poszukać, znaleźć miejsce w którym to utraciłam. A przynajmniej po raz kolejny spróbować - jeszcze raz. Bo to jest chyba moja jedna z niewielu dobrych cech - nigdy, przenigdy się nie poddaję. Mam nadzieję, że i teraz uda mi się wykrzesać z siebie coś co pozwoli mi się podnieść.


Bo przecież nie można cały czas spadać, prawda??


(0)dag mniej



2.października.2010 :: 22:09

minęło trochę czasu od mojego ostatniego wpisu. Oczywiście - jak podejrzewałam - idylla nie trwała zbyt długo, ale cieszy chociaż te kilka dni spokoju.

Zastanawia mnie natomiast inna rzecz... Chodzę do swojej terapeutki i ze zgrozą stwierdzam, że nie wiem co ma mi to dać. Nie widzę żadnej różnicy. Za każdym razem denerwuję się tak samo, za każdym razem po wyjściu wypalam naraz 5 papierosów... Pamiętam, że z moją pierwszą terapeutką po pół roku mogłam już swobodnie rozmawiać... a przynajmniej byłam w stanie wydusić coś z siebie... Teraz kiedy przychodzę to standardem jest milczenie przez pierwsze 20 minut... zanim zdecyduje się otworzyć usta i coś powiedzieć.

A co w tym wszystkim najgorsze?? Najgorsze jest to, że ja się zaczynam do niej przywiązywać... I kiedy to już nastąpi - nawet gdyby się okazało, że jest beznadziejna itp. to nie będę w stanie odejść...


Mało składny wyszedł mi ten tekst... Ale to po prostu gonitwa nieuczesanych myśli...


Dobrego jutra Wam życzę!!



(1)dag mniej



20.września.2010 :: 00:14

Jest mi dzisiaj dobrze :) Drugi dzień "czysty". Nie wiem ile to potrwa i z doświadczenia wiem, że nie należy się nastawiać na jakiś długi przedział czasowy - ale to taki cudowne móc normalnie przeżyć dzień. Nie odliczać, nie przebierać nerwowo rękami gdy ktoś jest w pobliżu. TO JEST CUDOWNE!! Co prawda dzień czysty jest u mnie zazwyczaj powiązany z dniem 0 kcal, ale dzisiaj udało mi się racjonalnie zmusić do 400 :) Może ma to mało wspólnego z racjonalnością, ale i tak jestem z siebie prawie dumna.

Pewnie sobie pomyślicie, że to marne osiągnięcie - 2 dni nie lądować w łazience. Ale dla mnie to naprawdę dużo. Pozwala mi to mieć nadzieję, że skoro może się udać 2 dni, to jest szansa na to, że uda się dłużej.

Swoją drogą to ciekawe jak jedna rzecz potrafi wpływać na inną - chciało mi się dzisiaj wstać i ubrać, trochę umalować, porozmawiać z siostrami. Chciało mi się poczytać książkę i pooglądać głupoty w telewizji. Chciało mi się nawet wyjść z domu na spacer. I tak powinno wyglądać moje życie!! Tak powinnam spędzać każdy dzień!!


Chwilo trwaj!!

(6)dag mniej



18.września.2010 :: 21:59

Zastygłam na chwilę... Waham się - nie wiem, czy myślę poprawnie... Od kilku dni zastanawiam się nad szpitalem, jakimś miejscem gdzie mogłabym spróbować doprowadzić się do porządku. Wszystko jedno gdzie. Byleby było lepiej. Zapewne na zastanawianiu się skończy bo zabraknie mi odwagi... Bo musiałabym się przyznać przed wieloma osobami do tego że mam "mały" problem. Najbardziej przeraża mnie perspektywa urlopu na studiach... Ale pewnie się za kilka dni rozmyślę...

Jeszcze niedawno broniłabym się rękami i nogami przed taką perspektywą - teraz wydaje mi się jakąś szansą. Nie wiem na co - ale szansą.

Pomyślałam sobie dzisiaj, że karzę siebie w straszny sposób. I zaczęłam się zastanawiać za co... I ciężko mi znaleźć jakiś sensowny powód... Karzę się tak dla zasady, na zapas, na wypadek gdybym zrobiła coś złego o czym nie wiem? Wymierzanie kary samej sobie i tak jest jednak lepsze niż karanie innych...

Za oknem robi się jesiennie. Za 2 tygodnie początek "szkoły". Będzie lepiej!! Na pewno będzie lepiej!!

(6)dag mniej



15.września.2010 :: 20:07

"Zaburzenia odżywiania należą do opornych w kontekście leczenia. Zasadniczo w zaawansowanym stadium choroby możliwe jest jedynie czasowe złagodzenie objawów - pełne wyzdrowienie wydaje się być niemożliwe."


Amen!


Mając jasność sytuacji mogę spać spokojnie. Przynajmniej nie będę się łudzić.

Swoją drogą to cyniczne - choroba, która opiera się na chęci posiadania pełnej kontroli, nie może być wyleczone - i aby ją opanować na jakim takim poziomie potrzebna jest CIĄGŁA KONTROLA.

Nie chcę tu więcej użalać się nad sobą... Błagam - nie piszcie (o ile ktoś to czyta i ma taki zamiar) że dam sobie radę i że mam walczyć!! Wtedy czuje się jeszcze mniej warta... Bo nie potrafię sobie dawać rady i nie potrafię walczyć.



EDIT:

"Udaję radość, której we mnie nie ma, ukrywam smutek, żeby nie martwić tych, którzy mnie kochają i troszczą się o mnie. Niedawno myślałam o samobójstwie. Nocą, przed zaśnięciem, odbywam ze sobą długie rozmowy, staram się odegnać złe myśli, bo byłaby to niewdzięczność wobec wszystkich, ucieczka, jeszcze jedna tragedia na tym i tak już pełnym nieszczęść świecie."

Paulo Coelho "Czarownica z Portobello"




Panie Coelho - nie cierpię pana książek, ale nie wiedziałam, że pisze pan o mnie...


EDIT 2:

Czuje ogromną potrzebę pisania... Więc muszę pisać...

Zastanawiam się nad moja terapią... nie jestem w żadnym zakresie szczera z moją terapeutką. Dawkuje jej prawd o sobie. Ona mnie pyta jak to jest kiedy ląduję w łazience... A ja nie potrafię jej opowiedzieć jak rzucam się na jedzenie i jem do momentu kiedy nie mogę już oddychać. Wszystko... chleb, surowy makaron - co mam pod ręką. Jak czasami idąc w stronę łazienki nie jestem w stanie myśleć o niczym innym jak o zmuszaniu własnych płuc do rozprężania się i sprężania... żeby mogła w końcu pochylić się na muszla i zacząć rzygać. Włożyć pięść do ust i poczuć ulgę pomieszaną ze wstrętem... Nie pokazałam jej paskudnej blizny na dłoni, która nigdy nie znika... I kiedy znowu mogę oddychać i widzę swoje żebra które wcześniej były nabrzmiałe od ilości jedzenia we mnie. Zawsze chciałam potrafić wymiotować tylko przy użyciu mięśni brzucha - niektóre dziewczyny tak potrafią... to byłoby mniej obrzydliwe... I kiedy już kończę kładę się na podłodze i oddycham... Mam rozciągnięte mięśnie brzucha.... nawet gdy nic nie jem nie jest tak idealnie płaski jak dawniej... Co zresztą wcale nie dziwi - gdzieś to jedzenie musi się mieścić...

Kiedy pytała mnie czy ja lubię jeść - odpowiedziałam, że nienawidzę... a teraz jak się nad tym zastanawiam to nie wiem... Ja chyba zarazem kocham jak i nienawidzę jeść... Jedzenie stanowi całe moje życie - nie ważne czy jest czy go nie ma... Czasami siedzę sobie sama... nie mam gdzie iść bo nie mam przyjaciół (tylko jedną przyjaciółkę, której nie widziałam pół roku z własnej winy). I wtedy rzucam się na jedzenie - zajadam pustkę, samotność, smutek... wszystko wypełniam jedzeniem... a potem się tego pozbywam...

Pamiętam czas kiedy nie jadłam... to nie było dobre... Ale miałam jakiś punkt oparcia... szacunek do siebie... Nie miałam siły się ruszyć, ale nienawidziłam siebie zdecydowanie mniej.

I teraz pojawia mi się w głowie myśl jak to dalej będzie.... cały czas ostatnio myślę o przyszłości... o tym czy ją mam - czy może podpisałam już na siebie wyrok z odroczonym terminem wykonania kary...

Dzisiaj zrobiłam coś strasznego... dawno już nie miałam w rękach żyletki... dzisiaj wzięłam ja w akcie desperacji.... żeby nie wymiotować... żeby się powstrzymać... jedno cięcie... drugie, trzecie... siódme... Ale i tak nie pomogło. Nic nie pomaga... Dawniej brałam tabletki - antydepresanty... lekarz obiecywał ze pomoże, że wyhamuje i przestanę wymiotować... nie pomogło....

No więc cóż... napisałam... za chwilę pewnie tu wrócę i będę pisać dalej...

(9)dag mniej



13.września.2010 :: 00:10

mijają kolejne dni - i cóż?? Ktoś kiedyś mi powiedział, że nie rozumie jak taka kobieta może siebie nienawidzić... A co tu jest do rozumienia? Tego się nie da wytłumaczyć. I ja chyba tego nie próbuję zrozumieć - bo po co mi to wiedzieć? Nienawidzę wielu rzeczy... mojej trójkątnej twarzy ze zbyt wydatnymi policzkami, nosa który niby jest prosty ale jakby nie pasuje, krótkiej szyi, niskiego wzrostu, zbyt masywnych i umięśnionych ud i łydek, wystających, szerokich żeber, krótkich palców u rąk, dużych, niedelikatnych kolan, uszu który wyglądają jak własność elfa, ciągle spierzchniętych ust... nienawidzę!!

To strasznie płytkie i próżne, że moją wartość wyznacza wygląd mojego ciała... Nie mój intelekt,moje wnętrze, moje przekonania - a odbicie w lustrze... Ostatnio pytam ludzi jak według nich wyglądam... Czy naprawdę jestem taka gruba i paskudna jak sama siebie widzę?? I zawsze słyszę, że chyba jestem nienormalna, że nie jestem gruba w żadnym miejscu, że wystają mi kości... Dlaczego ja tego nie widzę?? Dlaczego przy każdym ruchu mam wrażenie jakbym była wielkim workiem trzęsącego się tłuszczu. DLACZEGO??


kiedyś byłam grubym dzieckiem, które w nosie miało swój wygląd. Uważałam, że jestem mądra, inteligentna - że to jest ważne... I zamiast dorastając utwierdzić się w tym przekonaniu zsunęłam to na margines... doszłam do wniosku, że to nieistotne... że moje wnętrze, inteligencja są nic nie warte, jeśli jestem takim potworem... I tak zostało...


I co w tym najśmieszniejsze? Piszę tutaj od jakiegoś czasu, że próbuję walczyć, że chodzę do terapeuty, że coś próbuję robić - a tak naprawdę ja nie wierzę, że mogę z tym zrobić cokolwiek. Jestem wręcz pewna, ze mi się nie uda. Sama siebie oszukuję, uspokajając własne sumienie tym, że coś robię... Ale to coś nic nie daje... NIC!!!


Nachodzą mnie ostatnio myśli, że niedługo umrę... że dostanę zawału kiedy nikogo nie będzie w domu, że mdlejąc w końcu roztrzaskam głowę o wannę. Mam takie wrażenie, że to może nastąpić... Ale ja tego nie chcę! Chciałabym sama móc zadecydować... Chociaż czy wisząc z głową nad muszlą dzień w dzień nie podejmuję tej decyzji na raty?? Mój organizm jest odporny, broni się cały czas. I cóż...


Cały czas chodzę uśmiechnięta - niech inni nie zastanawiają się co się ze mną dzieje... Niech myślą, że wszystko jest ok, niech nie pytają. Uśmiechnięta, żartująca, zadowolona z życia - cała ja w oczach innych!! Kiedy wiem że jestem sama i nikt nie wejdzie do pokoju siadam sobie w koncie z nogami pod brodą i płaczę... bez łez... Bo ja już nie potrafię płakać... Siedzę i myślę z przerażeniem o następnym dniu... i kolejnym... i jeszcze następnym...



Nie wiem jak mam zakończyć ten wpis... Czego sobie życzyć?? Życia czy śmierci?? Sama nie wiem... Niech mnie ktoś uratuje... Na siłę!! bo ja już chyba nie potrafię...




(2)dag mniej



9.września.2010 :: 00:20

nie mam co napisać... idę rzygać... a potem idę jeść... i znowu idę rzygać... a potem idę spać... wstaję... idę jeść i potem idę rzygać...

zawsze lubiłam mieć uporządkowany plan dnia... ład i porządek... harmonia i spokój... i powtarzanie jak mantra zdanie "to ostatni raz" i po 30 minutach już wiem że znowu się nie udało...


chcę umrzeć... jak nigdy... o niczym innym nie marzę w tej chwili... mieć nareszcie spokój...

(2)dag mniej



6.września.2010 :: 15:31

bardzo dawno mnie tu nie było... No i cóż... Byłam w tym czasie na "wakacjach". Z utęsknieniem czekam na początek października - obietnicę świętego spokoju. Z drugiej strony przeraża mnie perspektywa spotkania znajomych, którzy nie widzieli mnie prawie 3 miesiące...

Próbowałam się naprawić - popsułam się jeszcze bardziej. W czasie gdy mnie tu nie było schudłam 6 kg i tyle samo przytyłam - jestem znowu w punkcie wyjścia... Niezwykle nudne wydaje mi się ciągłe pisanie o własnej beznadziejności... Ale o czym mam pisać, skoro cały czas o tym myślę?? Ostatnio doszłam do wniosku, że bardzo dobrym rozwiązaniem byłoby wpaść pod samochód... Niby tak przypadkiem - pod rozpędzonego tira... wiele by to załatwiło... Wszyscy by stwierdzili, że nieszczęśliwe wypadki się zdarzają i zapomnieliby po tygodniu. A ja miałabym spokój... Już na zawsze! Nie jest to złe rozwiązanie... ale jak zawsze brakuje mi odwagi...



(0)dag mniej



29.lipca.2010 :: 00:19

z zadziwieniem stwierdzam, że moja wiedza na temat własnej rodziny była bardzo okrojona i fragmentaryczna... I tak było dobrze!!

przeżyłam jeden z najcięższych tygodni w moim życiu. Informacje, których stałam się "szczęśliwym" posiadaczem wywróciły do góry nogami wszystko co do tej pory myślałam. I doszłam do wniosku, że świat JEST ZŁY!!!

przez ostatnie kilka dni radziłam sobie za pomocą czekolady - biała, pistacjowa, marcepanowa, truskawkowa... Doprawiałam wytrawnym winem albo vermutem... Nowe doświadczenie - wymiotowanie alkoholem nie jest przyjemne... o ile w tym kontekście można mówić o jakiejkolwiek przyjemności...




Lubię leżeć na podłodze w łazience i gapić się w sufit. Uspokaja mnie to... no i jak się leży to nie kręci się w głowie... a jak się zakręci to przynajmniej jest niedaleko do najistotniejszych elementów mojego życia - muszli, umywalki i szczoteczki do zębów...

(6)dag mniej



21.lipca.2010 :: 23:46

ogarnęła mnie totalna obojętność - i dobrze mi z tym!! Nic mnie aktualnie nie obchodzi.

W domu jestem na cenzurowanym. Babcia biega za mną z jedzeniem a ja nawet nie mam ochoty się bronić. Swoja droga to zabawne, żeby tyć jedząc 800 kcal dziennie... No ale cóż - skoro rozwaliłam sobie metabolizm to teraz mam za swoje. Jedyną rzeczą która trzyma mnie w jakiej takiej kondycji psychicznej jest fakt, że za 1,5 tygodnia wyjeżdżam i przez 3 tygodnie będę miała święty spokój. Nikt nie każe mi siadać do stołu ani nie będzie biadolił, że przecież bez chleba i ziemniaków nie można żyć... - a właśnie że można!! Ja tak żyję ponad 5 lat.


od 4 lipca nie rozmawiałam z żadnym znajomym. Ja nie dzwonię - oni nie dzwonią... Ale muszę przyznać, że nie jest mi jakoś szczególnie przykro z tego powodu. Nie mogę przecież oczekiwać od ludzi, że będą zabiegać o moje towarzystwo, jeśli ja sama nie zabiegam o ich!!

Chciałaby, żeby zaczął się już rok akademicki. I tak nie umiem odpoczywać - więc po co się męczyć? Niestety tego raczej nie przyspieszę... do października jeszcze daleko...

(1)dag mniej



14.lipca.2010 :: 00:31

idę na kolejne studia... decyzja zapadła dzisiaj... Zagospodaruję sobie każdą minutę mojego życia - inaczej nie potrafię sobie radzić. Z jednej strony wiem, że to sposób ucieczki od myślenia, a z drugiej zdaję sobie sprawę, że to jedyna szansa na jakiekolwiek poradzenie sobie... Inaczej nie umiem. Mam wystarczająco wysoką średnią na studia równoległe - więc to wykorzystam.

I niech się dzieje co chce.

(6)dag mniej



11.lipca.2010 :: 02:10

hmm... moja bezsilność zamieniła się we wszechogarniającą wściekłość. Po raz kolejny dałam się nabrać!! Ale to był już ostatni raz!! Tym razem będę pilnować, aby nie zapomnieć jak to się kończy!! Nigdy więcej nie pozwolę się tak upokorzyć!!

Muszę przyznać, że bycie wściekłym nie jest takie złe. Dawno już nie miałam tyle energii - wysprzątałam cały dom, wyprałam wszystkie rzeczy... nawet ścierki kuchenne są idealnie wyprasowane! Przynajmniej coś pożytecznego zrobiłam... Niech ten stan trwa jak najdłużej.

Z przerażaniem stwierdziłam, że nie czuję się dobrze w swoim domu. Zbyt długo mnie tutaj nie było... zbyt wiele rzeczy się wydarzyło... za dużo zmieniło się w życiu wszystkich. Chciałabym móc sobie gdzieś uciec na kilka dni. Zamknąć się na odludziu w jakiejś chatce i spędzić ten czas z samą sobą. Towarzystwo mi nie służy - nawet towarzystwo własnych sióstr i matki. Ale nie mogę tego zrobić... Matka się o mnie martwi... Widzę za kazdym razem jej przerażony wzrok kiedy wyciągam z lodówki jogurt albo kiedy wracam zlana potem po moim joggingu... wiem, że tak jest więc staram się z całych sił udawać, że wszystko jest ok. Dzisiaj nawet zjadłam z nią obiad - co zresztą kosztowało mnie dodatkowe 3 km biegania i pół godziny łez w poduszkę...

Dopiero w takich sytuacjach z całą mocą uświadamiam sobie, że naprawdę jestem chyba chorym człowiekiem... Podłe, okrutne jedzenie... niby taka normalna, banalna czynność... A potrafi zrujnować życie... I wszystko jedno jak często powtarzam, ze dam sobie z tym radę... Jak do tej pory niestety w walce jedzenia-ja ciągle przegrywam...


Jednak ktoś mądry kiedyś powiedział - przegrana bitwa nie oznacza przegranej wojny - i tego się trzymam w dniu dzisiejszym!!

(2)dag mniej



9.lipca.2010 :: 00:29

po raz kolejny dowiedziałam się dzisiaj jak niewiele jestem warta. I co z tego? Moje życie zaczynało się bardzo powoli układać... Miałam jakieś plany, perspektywy... w 20 minut wszystko runęło z tak ogromnym hukiem, że do tej pory dzwoni mi w uszach... Nie widzę teraz żadnej drogi ucieczki. Usłyszeć od własnego ojca "co mi po takich dzieciach" niewątpliwie zalicza się do niezapomnianych przeżyć... Plus dodatkowo cały bukiet wyszukanych epitetów pod własnym i matki adresem...

Siedziałam nad rzeką i płakałam... Nie obchodziło, że dookoła przechodzą ludzie i dziwnie się patrzą... Niech się patrzą!! Siedziałam i niesamowicie żałowałam, że ta cholerna rzeka jest taka płytka... że samochody jadą zbyt wolno... że nie mam przy sobie nic co mogłoby mi się przydać...

A teraz ogarnęła mnie taka straszna bezsilność... Nie wiem co mam zrobić... naprawdę nie wiem. I do tego wcale nie chce mi się szukać rozwiązania...

(2)dag mniej



8.lipca.2010 :: 00:14

przynoszę pecha... powinni mnie odizolować od społeczeństwa...

Spędziłam urocze kilka dni w domu... mniej więcej od przedwczoraj żałuję, że w ogóle wróciłam... Przepraszam - nie chciałam... Po prostu już taka jestem - gdzie się pojawiam tam smutek, tragedia i łzy... Dla dobra ogółu powinien mnie trafić szlag!!! I pewnie prędzej czy później trafi...


nie mam nic więcej do dodania... Prócz tego, że naprawdę nie chciałam...

(1)dag mniej



3.lipca.2010 :: 02:24

"Z pani wewnętrznym kodeksem karnym niewiele osób by przeżyło... za wszystko jest kara śmierci..."


Cóż mogę dodać?? Tak - nie chce mi się żyć... I co z tego jeśli brak odwagi??

...odwagi brak do życia i brak odwagi do śmierci...


Rozterki anorektycznej bulimiczki mnie męczą. Nic czy wszystko? Wszystko czy nic? Brak umiaru, rozwagi i rozsądku...




"the truth will set you free... or will kill you"



(2)dag mniej



28.czerwca.2010 :: 22:17

zakończyłam sesje...

bilans zysków i strat:
- kilka kilogramów mniej (nawet nie wiem ile, ale widzę, że za dużo... sterczą mi wszystkie możliwe kości)
- szara cera, podkrążone oczy, ogólne osłabienie
- zaliczone wszystkie egzaminy oprócz jednego na który nie poszłam...

czyli generalnie średnio. Ale poprawię się!!

a teraz idę spać - nie widzę już na oczy... Mam nadzieję, że nie będę się budzić tak jak mi się to ostatnio zdarza co 20 min...




(2)dag mniej



26.czerwca.2010 :: 22:50

Boję się najbliższych 3 miesięcy... Co ja z sobą zrobię jeśli nie będę miała moich obowiązków?? Jak zagospodaruję swój czas?? Nie mam pojęcia - i to jest przerażające... Wiem, że wyjadę na 3 tygodnie... Ale jak to ze mną bywa - nie potrafię jechać na normalne wakacje więc jadę do szkoły... przez 3 tygodnie 6 godzin zajęć dziennie... A pozostały czas??


Zdaję sobie coraz bardziej boleśnie sprawę, że jestem samotnym człowiekiem... Bardzo samotnym... I tutaj pojawia się u mnie niesamowita ambiwalencja... Z jednej strony nie zbliżam się do ludzi, nie chcę kontaktu z nimi - a z drugiej kiedy siedzę sama i czytam opisy - chociażby na Facebook'u, że tu jedne znajomy idzie na imprezę, tu drugi spotyka się z kimś na kawie... A ja?? A ja siedzę sama i kiedy czasami się zdarza, że ktoś zaproponuje mi wyjście szukam miliona wymówek, żeby tylko nie iść...

Zawsze w jakimś sensie bałam się ludzi... Wydawało mi się, że patrzą na mnie i oceniają każdy gest, każdy fragment ciała, każde słowo... i nie jestem w stanie ocenić, czy tak jest, czy nie...





"Wśród ludzi jest się także samotnym. "
/Antoine de Saint-Exupéry/



(4)dag mniej



25.czerwca.2010 :: 03:20

Za kilka godzin kolejny egzamin - do tego się przynajmniej uczę... Mam nadzieję, że będzie jakiś efekt...

Byle do poniedziałku - w poniedziałek odpocznę - a od wtorku znowu zacznę wprowadzać w życie moje postanowienia... Dzisiaj w przypływie radosnej twórczości zrobiłam sobie nawet listę... Nie jest zbyt długa, ale od czegoś trzeba zacząć... Nie stawiam sobie wygórowanych celów... Chyba lepiej po trochę coś osiągać niż wcale...

Miałam dzisiaj zdecydowanie bardziej pozytywny nastrój niż ostatnio - to chyba dlatego, że nie można cały czas funkcjonować w podwyższonym napięciu - moja psychika się wściekła i zaczęła myśleć trochę optymistyczniej...

Niestety teraz perspektywa zbliżającego się spotkania z terapeutką znowu wpędza mnie w standardowy dla mojej osoby pesymizm... Znowu zaczynam sobie układać co powiem, o co zapytam... I pewnie znowu nic z tego nie wyjdzie... Ale niewątpliwie spróbuję jej powiedzieć jak się czułam po poprzedniej sesji... Chyba mogę jej to powiedzieć, prawda? Niech mi wytłumaczy - jak kretynowi, łopatologicznie - dlaczego nie potrafię pochować swojego dzieciństwa i okresu dorastania - zakopać i iść do przodu? Dlaczego to się za mną ciągnie i niszczy mi życie? Może da się to w jakiś prosty sposób wyjaśnić?

Teraz potrzebuję takiego wyjaśnienia - chcę wiedzieć... Bo jeśli nie zna się przyczyny to jak można próbować się z tym uporać?


[EDIT]

przeżyłam - i egzamin i terapię. Na terapii ciężko, ale za to egzamin był adekwatny do wymaganego materiału...

Zdałam sobie przed chwilą sprawę, że chciałabym aby nie ktoś przytulił, albo blisko usiadł i po prostu siedział... Zawsze bardzo mnie krępował jakikolwiek dotyk... cała sztywniałam ze strachu... Tylko że teraz kiedy chyba tego potrzebuję to nie ma kto... I dlatego też siedzę sobie właśnie z pluszakiem na kolanach... mała dziewczynka w ciele 22latki... samotna na własne życzenie w 800tysięcznym mieście...

(2)dag mniej



23.czerwca.2010 :: 01:37


Nie poszłam na egzamin... dostałam histerii i uciekłam sprzed sali... Wielka pani pseudo-psycholog, która nie potrafi ponieść konsekwencji własnego nieprzygotowania... Poszłam do łazienki i ryczałam... wyszłam w chwili kiedy ludzie z mojego roku wychodzili z sali...

Padły mi nerwy już całkiem...

Czyli straciłam termin... będę musiała iść we wrześniu... pierwszy raz w życiu... Jest mi wstyd... Ale przynajmniej nie dostałam dwói - wtedy byłoby mi jeszcze bardziej wstyd...


Niech ta sesja się już skończy - muszę odpocząć... Zająć się sobą... doprowadzić chociaż trochę do porządku bo długo tak nie pociągnę...


(1)dag mniej



20.czerwca.2010 :: 22:04

Dzisiaj jestem już odrobinę spokojniejsza... ale nie zmienia to faktu, że piątkowe wydarzenia rozwaliły mnie na całej linii... Jutro mam egzamin do którego nie otworzyłam ani jednej książki... Szlag trafił moje szczytne postanowienia o robieniu z sobą porządku - nawet jogurt był dla mnie nieprzyswajalny... czego skutkiem jest aktualnie pękająca głowa i strach przed wstaniem z krzesła bo nie mogę utrzymać pionu...

A co w tym wszystkim najgorsze? Najgorsze jest to że w mojej popapranej psychice jest tego więcej... Na myśl o piątku i kolejnej rozmowie już dzisiaj mam ataki paniki... No i cóż... A co się będzie działo w piątek?? Wolę o tym nie myśleć...




Ale jeszcze jedną rzecz chciałam napisać...

Dziękuje tym osobom, które czytały... i które jakoś racjonalnie starały się to skomentować... Ja to jakby na poziomie racjonalności wiem... Ale nie kontroluję nawet w najmniejszym stopniu... w każdym razie DZIĘKUJĘ, bo to dla mnie ważne... Nie mam odwagi o tym mówić w rzeczywistym świecie, więc blog zostaje moją wirtualną realnością... Chciałabym móc z kimś tak porozmawiać twarzą w twarz... wiedzieć, że zrozumie... i nie myśleć sobie po cichu, ze słucha tego dlatego, że ja za to płacę...



(4)dag mniej



19.czerwca.2010 :: 17:27

Nie wiem dlaczego to wczoraj napisałam... nie wiem po co?? Czułam po prostu, ze muszę gdzieś to z siebie wyrzucić... pisałam całą noc... spisałam prawie całe swoje życie... ze szczegółami mniejszymi i większymi... Dzisiaj to przeczytałam... Wcale mi to nie pomogło...

Miałam usunąć poprzednią notkę... ale zdecydowałam, że jednak zostanie na swoim miejscu...

Nie umiem pogodzić się z własną historią, własnym życiem... Nie wiem po co to analizuję. I tak niczego to nie zmieni. Nie potrafię o tym mówić. Nawet kiedy o tym myślę to mi wstyd... I nie wiem dlaczego wstydzę się właśnie siebie... Próbowałam sobie wytłumaczyć, że dziecko które ma kilka lat nie jest niczemu winne... Tak samo nastolatka poniżana i deprecjonowana na kazdym kroku... NIE JESTEM TEMU WINNA... Tylko problem w tym, że ciężko mi w to uwierzyć... MUSZĘ być temu w jakiś sposób winna... inaczej by mnie to nie spotkało...

A wiecie co jest w tym wszystkim najśmieszniejsze?? Moi rodzice to nie są biedne, niewykształcone osoby... Są gruntownie wykształceni, zarabiają duże pieniądze, pracują w zawodach które by wam do głowy nie przyszły... Można by rzec - wyżyny społeczne...

Początkowo chciałam tutaj wkleić całość... Ale to chyba dla mnie zbyt wiele... Zakończę swoja historię w chwili gdy mam 8 lat... Potem jest już tylko gorzej...

(4)dag mniej



18.czerwca.2010 :: 18:30

Strasznie ciężką miałam dzisiaj rozmowę z moją psycholog... przez cały czas musiałam się kontrolować w najwyższym stopniu, żeby nie zacząć płakać... bo ja nie płaczę przy innych...

Kiedy wyszłam, założyłam ciemne okulary i ryczałam idąc ulicą... Szłam sobie pomiędzy blokami i płakałam... jak widziałam ludzi to zmieniałam kierunek... Bardzo mi dzisiaj ciężko... Powinnam się teraz uczyć, ale nie mogę, bo czuję, że nie zamknęłyśmy tematu i mam teraz otwartą chyba największą ranę jaką można było otworzyć...

Dzisiaj milczałam tylko pierwsze 20 minut... ale może na lepsze by mi wyszło gdybym przemilczała całą godzinę...

Nie wiem jak będą wyglądać następne dni... mam nadzieję, że się jakoś opanuję, bo muszę zaliczyć 3 egzaminy...


[EDIT]

Opowiedzieć wam moją historię??




Pewnego razu była sobie mała dziewczynka. Mieszkała razem z mamą i dziadkami w uroczym domku na wsi. Była bardzo szczęśliwa, bo nic nie zajmowało jej uwagi oprócz spędzania czasu na słuchaniu opowiadań, których ciągle się dopominała. Ale pewnego dnia świat dziewczynki przewrócił się do góry nogami. Po prawie 3 latach nieobecności wrócił jej ojciec i cała sielanka się skończyła. Dziewczynka nie poznała go, bo wjechał kiedy miała zaledwie 2 miesiące.

Od chwili jego powrotu wszystko uległo zmianie. Dziewczynka słuchała nocami jak ojciec krzyczy na jej mamę, wyzywa od kurew i szmat – wtedy jeszcze nie wiedziała co to znaczy, ale szybko zorientowała się, że nie jest to nic przyjemnego. I tak mijały jej dni, miesiące. 9 miesięcy o powrocie ojca urodziła się jej siostra. Dziewczynka nie wiedziała co się dzieje – nie była na to przygotowana. I ojciec też nie był z tego powodu zadowolony. Powtarzał matce, że na pewno nie jest to jego dziecko, że to musi być dziecko jej kochanka. Dziewczynka nie wiedziała co to jest „kochanek”, ale ojciec kiedyś jej to wytłumaczył – „Kochanek, to facet z którym puszcza się Twoja matka”.

Dziewczynka przestała się śmiać. Nie potrafiła sobie wytłumaczyć, dlaczego to wszystko ją spotyka, dlaczego mama płacze, a jej ojciec, którego tyle nie miała wcale nie pokazuje, że ją kocha. Piekło ciągle trwało. Ojciec wracał do domu pijany, bił matkę, krzyczał. Dziewczynka chowała się w kącie pokoju i czekała aż to wszystko się skończy. Ale nie kończyło się… Siostra dziewczynki rosła i rosła sama dziewczynka. Po pewnym czasie przyzwyczaiła się już do tego, że w domu nie jest bezpiecznie. Zaczęła uciekać w świat książek… Czytała dniami i nocami o pięknych królewnach, książętach, zamkach, czarach. Tam zawsze wszystko dobrze się kończyło. Kiedy dziewczynka poszła do szkoły piekło stało się jeszcze straszniejsze. Wszyscy dookoła wiedzieli co dzieje się u niej w domu. Współczuli jej… Ale ona nie dawała po sobie poznać, ze jest jej źle. Śmiała się, była zawsze z wszystkiego najlepsza, zawsze przygotowana, zawsze na 6… Wiedziała, że nie może sprawić mamie zawodu – a ona uważała, ze dziewczynka jest najlepsza.

Pewnego wieczora ojciec wrócił do domu pijany i zaczął bić matkę. Dziewczynka nie wiedziała co robić. Uciekła do babci i dziadka. Dziadek widząc jak dziewczynka jest przerażona, wstał i poszedł do ojca i matki. Rzucił się na ojca z pięściami, krzyczał… Po tym ojciec się spakował i wyprowadził, mówiąc, że nie chce dziewczynki znać i że nie jest już jego córką… Dziewczynka nie wierzyła w to co słyszy, ale honor nie pozwolił jej na sprzeczanie się i przekonywanie, ze to przecież ona, jego córeczka… I tego dnia pierwsza część serca dziewczynki umarła…

Dni mijały, a mimo wyprowadzki ojca nic nie szło ku lepszemu. Nocami ojciec przychodził pod dom i robił awantury… wybijał okna, krzyczał, dobijał się do drzwi. W dzień wydzwaniał i krzyczał przez telefon. W końcu dziewczynka wyciągnęła wtyczkę z kontaktu… Kiedy nastał czerwiec i skończył się rok szkolny, dziewczynka była przerażona… wiedziała, że teraz szkoła nie będzie jej już chronić, że będzie musiała spędzać całe dnie w domu razem z siostrą.

Pewnego lipcowego dnia mama babcia i dziadek poszli na pogrzeb sąsiadki. Było bardzo gorąco więc przykazali dziewczynce zająć się siostrą i zostać w domu… Po kilku chwilach od ich wyjścia pod domem pojawił się ojciec… Wpadł do środka i zaczął wyrzucać wszystko z szaf i szuflad. Dziewczynka nie wiedziała co ma robić – była przerażona… Ojciec podszedł do niej i zapytał gdzie są wszyscy… Dziewczynka nie była w stanie odpowiedzieć, ale po chwili wydusiła z siebie, ze to nie jego sprawa. Ojciec się zamachnął, ale nie trafił jej w twarz bo dziewczynka się uchyliła… Z rozpacza na twarzy i łzami w oczach zaczęła biec… Wybiegła z domu i biegła w stronę bramy, ale zauważyła, ze tam stoi samochód ojca – więc gwałtownie zawróciła… Zaczęła przechodzić przez płot… Ale robiła to zbyt wolno… Ojciec wybiegł za nią z domu, krzyczał, że jej pokaże…. Dziewczynka bardzo się bała… Osunęła jej się noga i kolec płotu wbił głęboko w udo… ale ona nie czuła bólu… Pociągnęła mocniej. Poczuła tylko jak rozdzierają się jej mięśnie – ale to nie było ważne… Była już po drugiej stronie i biegła, biegła, biegła… Siostra dziewczynki krzyczała za nią „poczekaj na mnie”. Ale dziewczynka nie była w stanie się zatrzymać… Biegła przed siebie aż zabrakło jej tchu i opadła na trawę… Ojciec już jej nie gonił… Z poszarpanej do kości nogi lała się krew… Ale dziewczynka nie zwracała na to uwagi… po kilku godzinach wstała i zaczęła iść w stronę domu… Ojca już nie było… Mama i dziadkowie wrócili… Kiedy zbliżała się do drzwi, mama wypadła z domu i zaczęła krzyczeć gdzie ona się podziewała… Ale gdy spojrzał na jej półprzytomną, oklejoną krwią twarz i zmasakrowaną nogę – zamilkła… Wzięła dziewczynkę za rękę i zaprowadziła do łazienki, gdzie zaczęła ją opatrywać… chciała ją zawieźć do szpitala, ale dziewczynka się nie zgodziła… Przez następne kilka dni dziewczynka nie odezwała się ani słowem…



na więcej nie mam teraz siły... A to dopiero początek... Idę się napić... Może wódka mnie znieczuli





(1)dag mniej



16.czerwca.2010 :: 00:15

kap, kap, kap, kap, kap, kap, kap...

gdybym miała do kogo to krzyknęłabym "ratunku!"... ale nie mam... więc dam sobie radę sama!! Od dzisiaj... Najpierw doprowadzę do porządku mój przełyk... tu pomoże mleko... przez najbliższe 3 dni... a potem... a potem to nie wiem - ale się nie dam!!


Popatrzyłam dzisiaj w lustro - na żałosną, szarą, zapuchniętą twarz z podkrążonymi oczami... nie maskuje tego żaden puder... Tak nie może być!! Jestem na to za młoda!! Nie mogę przegrać na starcie!! Nie umrę na zawał!! Nie umrę z wycieńczenia!! Nie umrę w ciągu najbliższych 50 lat!! Tak postanowiłam!!

Jeszcze raz spróbuję!! I tym razem MUSI się udać - na ten jeden raz mam jeszcze siłę!!

(4)dag mniej



14.czerwca.2010 :: 15:54

Jak nisko trzeba upaść, żeby odbić się od dna?? I gdzie to dno jest?? Potrzebuję konkretnej informacji - ile jeszcze? Tak żebym się mogła nastawić... Uzbroić w cierpliwość i rozłożyć siły... Ale może moje życie to nie jest trampolina, tylko studnia... - taka w której się tylko spada??

Znowu wymiotuję... I mnie to przeraża... wychodzę z łazienki z zapłakaną twarzą i postanowieniem "NIGDY WIĘCEJ"... ale moje "nigdy więcej" trwa tylko do następnego razu... Znowu kręci mi się w głowie, słabną mięśnie - ale co z tego??

Czasami sobie myślę, że jak się mieszka samemu to jest łatwiej pogrążać się w chorobie - nie trzeba się przed nikim kryć, można bezkarnie robić straszne rzeczy - bezkarnie się nienawidzić...

Dlaczego pomimo tego, że powinnam się lubić - tak chociaż trochę, chociaż trochę się akceptować - nie potrafię? Za każdym razem kiedy wchodzę pod prysznic, zamykam oczy żeby nie musieć się oglądać, udawać że mnie nie ma, że woda spływa po czymś, co nie jest mną...


Gdybym mieściła się pomiędzy kroplami wody... Czy wtedy bym się lubiła?

(1)dag mniej



12.czerwca.2010 :: 17:10

siedzę i się uczę... z zaciśniętymi zębami próbuje cokolwiek wpakować do pamięci. Nigdy nie miałam z tym problemu - uczyłam się jakby mimo woli. Teraz rozumiem co czują ludzie którym nic nie wchodzi do głowy... Im dłużej czytam tym bardziej się nakręcam, ze nie zdążę, nie opanuję, nie zdam na odpowiednim poziomie... Zapowiada mi się kilka bezsennych nocy - ale to niewiele zmienia bo i tak sypiam mało...

Moja głupia, porypana psychiko - daj mi spokój na następne 16 dni... A potem rób co chcesz... Tylko daj mi teraz spokój!!

(2)dag mniej



10.czerwca.2010 :: 20:53

Wiem - piszę o tym tutaj cały czas... ale tak dość jak dzisiaj to nie miałam jeszcze nigdy... Przeklinam właśnie dzień w którym wyrzuciłam zapas moich antydepresantów... Tak - wiem, brzydzę się lekami, nie uważam, żeby należało je stosować... Ale dzisiaj nie mogę :(:( Niech to się wreszcie skończy... ja już na prawdę nie mam siły... Nie mam...


Nie mam siły walczyć, nie mam siły się starać... bo po co?? Co to da??


Niech już będzie jutro... 13.00... pójdę do mojej psycholog... może ona zna jakiekolwiek rozwiązanie... Bo ja już nie mam pomysłów... A muszę się ogarnąć!! Muszę!!

(7)dag mniej



8.czerwca.2010 :: 01:27

"Ależ Pani jest chuda"
"A dziękuję"
"To nie był komplement... Niech Pani uważa, anoreksja to niebezpieczna choroba"
"Tak, wiem..."


Tak oto wyglądała moja dzisiejsza wymiana zdań z jedną z prowadzących zajęcia... Każdy normalny człowiek pomyślałby sobie "Pewnie nie wyglądam dobrze - trzeba przystopować"... A co ja pomyślałam?? "Nareszcie widać efekty - trzeba przykręcić śrubę"...

Nie wiem co się ze mną dzieje... przez pierwsze 2 lata choroby rządziło mną ed... potem przez prawie 3 lata cały czas mi to siedziało w głowie, ale jakoś byłam w stanie przejąć nad tym okresowo kontrolę... Teraz z powrotem całkowicie ją tracę... Nie wiem czy dam radę przeżyć to jeszcze raz... Oszukiwanie, kłamanie, głęboka depresja, izolacja od ludzi, myśli samobójcze, autoagresja, brak sił na wstanie z łóżka... Nie chcę tego...


Ale czy mam teraz na to jakiś wpływ?

(4)dag mniej



7.czerwca.2010 :: 00:57

Mam ochotę zrobić sobie krzywdę - potworną ochotę... Brak instynktu samozachowawczego to chyba mój największy problem... Wziąć coś ostrego i ciąć gdzie popadnie... Tak żeby bolało, bo jak się czuje ból - taki fizyczny, to ten psychiczny na chwilę cichnie... chcę krzyczeć, płakać - ale nie potrafię...

Od jakiegoś czasu towarzyszy mi nieustanny strach - nie wiem przed czym, nie wiem z jakiego powodu... Nieuzasadniony i nieracjonalny. Boję się, że się nie obudzę rano i boję się, że się obudzę... Boję się, że ktoś zauważy moje zachowanie i że nikt nie zauważy kiedy przekroczę granicę... Boję się, że zawsze będę sama i boję się, że ktoś nagle się pojawi...


Chciałbym przestać się bać... I poczuć spokój - chociaż na chwilę...

(1)dag mniej



6.czerwca.2010 :: 01:41

Dostałam wyniki kolokwium... pierwszy raz w życiu 3,5... no ale cóż - skoro zamiast się uczyć biegałam pół nocy to raczej nie jest zadziwiające... To upokarzające...

Nie mogę się skoncentrować na nauce - zawsze potrafiłam się zmobilizować niezależnie od tego czy było źle czy dobrze... ZAWSZE... A teraz nie potrafię. Czeka mnie najcięższa jak do tej pory sesja a ja nie mam motywacji - żadnej!!

Przeraża mnie to, bo wiem, że jeśli nie pójdzie mi dobrze to będę załamana - taki mam charakter... oceniam na tej podstawie własną wartość. Każde 4,5 to dla mnie ocena jak dla innych 2... Jestem już dorosła a nie potrafię się od tego zdystansować...


Wracam więc zmuszać się do nauki - trzymajcie kciuki, żeby mi cokolwiek z tego wyszło...

(4)dag mniej



5.czerwca.2010 :: 00:23

"- Czy odchudza się Pani po to, żeby się zniszczyć?? Chce się Pani zabić w ten sposób?"
"- przychodzi mi do głowy co najmniej kilka skuteczniejszych i szybszych sposobów na samobójstwo... chociaż... w sumie to nie wiem... może..."


No właśnie... Czy to wszystko wynika z mojego braku odwagi?? Może ja chcę się zabić a boję się to zrobić jak należny, więc zachowuję pozory przypadkowości i braku związku?? Może to o to tutaj chodzi????


Mam mętlik w głowie... Dlaczego to musi być taki trudne?? Odpowiedzieć sobie na jedno głupie pytanie...!! ale zamiast odpowiedzi pojawia się dodatkowe 10 pytań...



.

(1)dag mniej



2.czerwca.2010 :: 01:59

Nie wiem co napisać... mój blog wygląda jak litania zażaleń i oskarżeń. ale może po to go właśnie stworzyłam? Żeby móc napisać to czego nigdy nie odważę się nikomu powiedzieć...

Siedzę sobie i myślę... Zastanawiam się czy w ogóle jest możliwa sytuacja, że kiedyś wyjście ze znajomymi nie będzie się dla mnie kończyć na piciu wody lub ewentualnie kawy... Czy będę mogła wejść do restauracji i zamówić coś czego skład lub nazwa mi się spodoba i nie myśleć o tym ile to ma kalorii i jaki czas zajmie mi ich spalenie? To jest strasznie uciążliwa sprawa - nie wiem czy nie najgorsza w tym wszystkim. Za każdym razem pojawia się strach, żeby przypadkiem nie stracić kontroli, żeby nie pozwolić sobie na dekoncentrację... żeby inni nie zobaczyli...

Aktualnie umieszczam to w kategorii marzeń - tych dużych i odległych... Tych, na których spełnieniu najbardziej nam zależy, ale których nie spodziewamy się spełnić...

Marzenie....

/R.Schumann "Träumerei"/



(5)dag mniej



31.maja.2010 :: 02:19

dzisiejszy dzień... podsumowania?? do środka - na zewnątrz... wafelek ryżowy.... do środka - na zewnątrz... jabłko... do środka - na zewnątrz... jogurt naturalny... do środka - na zewnątrz... wykończyłam sobie żołądek. Ale kiedyś musiało to nastąpić. Czyli mam przymusową głodówkę przez następne kilka dni... Zazwyczaj przechodzi po 3 lub 4... Poprawiłam sobie jeszcze 8 km biegu w deszczu... Bardzo ładnie...


Czuję, że powoli się rozpadam... Kawałek po kawałeczku, centymetr po centymetrze. Ale co tam!! Nikt nawet nie zauważy... Wszyscy znajomi dostali już moje notatki więc do samej sesji mam spokój - nikt nie będzie dzwonił ani pisał... Mogę w spokoju kontynuować... Kolokwia napisałam więc na uczelni od biedy tez się nie muszę pokazywać.


Mogę spokojnie zająć się niszczeniem samej siebie...






.

(5)dag mniej



30.maja.2010 :: 02:57

"Największą pułapką ED jest to, że obiecuje ci bycie motylem, a ty nie dostrzegasz tego, że zachowujesz się jak ćma odbijająca się ślepo od gorącej żarówki."


ten cytat wydaje mi się wyjątkowo trafny... Czasami czuje się jak ćma... Latający przy szybie i próbująca dostać się do środka, do światła... Ale okno zawsze jest zamknięte.

Nie wiem dlaczego tak się dzieje, że z kazdym dniem mniej zależy mi na normalności?? Jeszcze tydzień temu byłam skłonna płakać nad całą ta sytuacją... Dzisiaj myślę "masz co chciałaś - pogódź się z tym".

Mam nadzieję, że jednak nigdy się nie pogodzę!! Obym ciągle mogła sobie powtarzać, że NIE WARTO...




.

(7)dag mniej



29.maja.2010 :: 03:30

pławię się w swoim emocjonalnym bagienku...

Nie cierpię kiedy dopada mnie hiperwentylacja... Zawsze mam wrażenie, że zaraz się uduszę... trzęsą mi się wszystkie mięśnie, głowa zaczyna pękać... Kiedy się naprawdę boję nie jestem w stanie nad tym zapanować... A dzisiaj mnie dopadło przed drzwiami gabinetu mojej terapeutki... Tylko czego ja się tak bałam??


"Dlaczego Pani uważa, że to co Pani przeżywa jest nieważne?"
"Bo przecież ja doskonale zdaję sobie sprawę, że inni ludzie doświadczają dużo większych tragedii, mają zdecydowanie gorzej - może ja sobie wymyślam te wszystkie moje problemy??"
"A wymyśla je Pani??"
"Nie wiem..."



i kończąc tym optymistycznym akcentem idę do łazienki... spełnić rytuał... Była porażka - musi być kara... co z tego że jest 3.30... Sumienie nie używa zegarka...



.

(1)dag mniej



28.maja.2010 :: 01:35

przypomniały mi się dzisiaj stare czasy i moja była terapeutka... I tak sobie analizowałam naszą relację. Doszłam do wniosku, że była dla mnie strasznie ważnym człowiekiem... I potrafiła mnie zmobilizować do obiecywania a rzeczy których bym nigdy nikomu nie obiecała. Jakoś bardzo mi zależało żeby jej nie zawieść. To się chyba nazywa przeniesienie, prawda?

Pamiętam jak w II klasie LO po każdym spotkaniu nie wypuszczała mnie dopóki nie obiecałam że do następnego nie wprowadzę w czyn moich samobójczych fantazji - i obiecywałam... a co najważniejsze - nie robiłam tego... To było takie prawie magiczne... Siedziałam sobie z całym asortymentem przygotowanym do ostatecznej akcji i przypominałam sobie jak obiecywałam że tego nie zrobię... no i wszystko chowałam do szuflady...


Potrzebuję teraz kogoś takiego, komu będę mogła obiecać...



.

(3)dag mniej



25.maja.2010 :: 23:48

Zastanawiam się czy uszkodzone kolano wpływa na wagę... jeśli tak to sobie uszkodzę chyba drugie... Mój metabolizm to jedna wielka tajemnica.... najpierw przez tydzień waga stoi jak zaklęta a potem nagle 1,5 kg w dół... I wszystkie żebra na wierzchu, wystające łopatki i dziury jak kaniony w okolicach obojczyków... Myślałam na początku że się odwodniłam... Wypiłam butelkę wody... a wieczorem to samo...

Nic już z tego nie rozumiem... Ale to z jednej strony cudownie... a z drugiej tragicznie... Bo to tak bywa... że jak waga rusza to potem ciężko to zatrzymać...


tylko pytanie cy ja jeszcze chce cokolwiek zatrzymywać?



(2)dag mniej



25.maja.2010 :: 00:17

znowu rozwaliłam kolano... stara kontuzja :( dlaczego ja jestem taka głupia?? Przecież doskonale wiedziałam, ze muszę uważać... Ale nie... "przebiegłaś tyle to jeszcze kilometr nie zrobi różnicy..." A zrobił... I co teraz? Aktualnie nie myślę o niczym innym tylko o tym, żeby mi przeszło... Bo jak jutro pójdę biegać? Nawet nie mam w mieszkaniu stabilizatora... Powinnam mieć na imię Jinx!!

Chce mi się płakać... Było już tak pięknie! A perspektywa wydawała się jeszcze piękniejsza...


Chciałabym móc się komuś wyżalić :( tak twarzą w twarz... Powiedzieć co mnie boli, czego się boję... Ale ja nie potrafię! Nie umiem absorbować ludzi własną osobą. Kogo to może interesować...



.

(2)dag mniej



24.maja.2010 :: 00:02

dzisiejszy dzień spędziłam bardzo pracowicie! Co prawda wstałam godzinę za późno, ale to nic... Aktywność umysłowa potrafi zmęczyć. Przynajmniej nie miałam czasu myśleć o jedzeniu (czy też niejedzeniu).

Właśnie wróciłam z mojego cowieczornego biegania... Uwielbiam kiedy rozrywa mi płuca ze zmęczenia i mięśnie w udach są tak napięte, że wydają się za chwilę pęknąć... Czuję wtedy, że żyję, że nie jestem tylko bezwładną, tłustą kukłą... 8 km dla poczucie że jest we mnie jakiś strzępek czegoś więcej...


głodówka: dzień 1 - prawie udany (90 kcal)


Ale jutro będzie lepiej!!! OBIECUJĘ!!!




.

(1)dag mniej



21.maja.2010 :: 23:05

Już nie mogę... chce mi się wyć...

Dlaczego ja jestem taka beznadziejna? Dlaczego nie umiem sobie sama pomóc? Mam dzisiaj wszystkiego dość... Wyszłam dzisiaj od psycholog z rozdrapaną, poszarpaną duszą... 50 minut to za mało, żeby zamknąć jakiś temat... Więc wyszłam tak rozwalona, że nie byłam pewna czy dotrę do autobusu... Szłam ulicą i wpadałam na ludzi... przeszedł obok mnie jakiś gość i krzyczy za mną "hej dziewczyno! uśmiechnij się!!" A ja wcale nie mam ochoty się uśmiechać... nie mam... nie mam powodów żeby się cieszyć...

Zawaliłam dzisiaj... strasznie... Wróciłam do domu po wizycie tak zdenerwowana, że rzuciłam się na jedzenie... Potem poszłam do łazienki - jak zwykle... i jasna cholera nie wiem jak to się stało ale zemdlałam... i zanim się obudziłam to minęła dobra godzina... czeka mnie tydzień głodówki... Za karę... Aż padnę z głodu...




.

(5)dag mniej



21.maja.2010 :: 01:12

kiedyś musiało do tego dojść... zbyt długo się powstrzymywałam licząc na to, że przejdzie... Ale nie przeszło... Czuję się jak na równi pochyłej... A przecież powinno być lepiej?? MIAŁO być lepiej!! Czuję się oszukana... przez samą siebie...


...i po żyletce pociekła ciepła strużka krwi...






.

(1)dag mniej



19.maja.2010 :: 01:34

tak... nie jestem typową anorektyczką... ani typową bulimiczką... Kiedy jestem wśród ludzi wszędzie mnie pełno, zawsze coś robię, załatwiam, mówię... Zawsze... I ludzie sobie myślą "Co za wesoła dziewczyna, bez problemów, zazdroszczę jej..."

Zawsze się zastanawiałam jak udaje mi się tak perfekcyjnie odgrywać rolę szczęśliwego człowieka... Może to wrodzony talent aktorski? Wcielanie się w postać, którą się nie jest... Rola życia...

A jaka jest prawda? Kiedy nareszcie jestem sama - w moich 4 ścianach, czuje się jak po dniu pracy w kamieniołomie... Nie mam na nic siły... Całą swoją energię inwestuję w maskę - w każdy jej detal... Żeby była idealna...



A kiedy ją ściągam - pod spodem zostaje już tylko pustka... i trochę siły fizycznej na nocny bieg... Żeby maska była coraz mniejsza... coraz szczuplejsza... Az w końcu zniknie - razem ze mną...






.

(2)dag mniej



18.maja.2010 :: 00:53

dzień minął niepostrzeżenie. Każdy następny minie tak samo. I obudzę się pewnego ranka i zapytam samą siebie "Co zrobiłaś z wszystkimi tymi dniami, które minęły? Jak je wykorzystałaś? Czy miały dla Ciebie jakieś znaczenie?" I nie będę umiała na to pytanie odpowiedzieć...



Będę milczeć ze wstydu przed samą sobą...






.

(0)dag mniej



17.maja.2010 :: 00:18

piękna pogoda... idealna na naukę... leje, zimno, w mieszkaniu jest już wyłączone ogrzewanie... zamarzam...

wewnątrz też mi zimno... tak jakoś pusto, smutno... do piątku jest jeszcze daleko, a ja mam wrażenie że potrzebuję porozmawiać... I znowu pójdę w piątek, usiądę i nie będę się odzywać... a po 50 minutach wstanę, powiem "dziękuję" i zapłacę... Dziękuję za spędzony ze mną czas... to też jest dla mnie ważne. Możemy milczeć - ważne że przez 50 minut nie jestem sama...

Co tydzień 50 minut... 50 minut z 10080... może to nie dużo ale lepsze to niż nic...



50 minut bycia sobą...






.

(0)dag mniej



15.maja.2010 :: 14:35

W dniu wczorajszym stało się coś złego... "Podpisałam" kontrakt terapeutyczny... a jaki?? A no taki, że zgodziłam się iść do psychiatry jeśli będzie gorzej... chyba mnie rozum opuścił... Obiecałam sobie dawno temu, że nigdy więcej nie dotknę żadnych tabletek ani nie przestąpię progu gabinetu psychiatrycznego... I co?? I teraz się na to potulnie zgodziłam... No i padło pytanie o kontraktową wagę... A co ja na to?? Odpowiedziałam - "Po, co? Jeśli będę chciała tym zamanipulować to i tak to zrobię... a w tym jesteś świetna."

Nie wiem już... może sama próbuję się zabezpieczyć, że gdyby mi już całkiem odbiło to ktoś przejmie nad tym kontrolę? Nie wiem... No i rozumiem, że każdy terapeuta też chce się na wszelki wypadek zabezpieczyć... Doskonale to rozumiem...


[edit]


nie wytrzymuję... czuję się jak potwór... na zewnątrz leje jak z cebra a ja doszłam do wniosku ze muszę iść biegać bo inaczej eksploduję z nadmiaru tłuszczu na ciele... i poszłam... biegałam godzinę w strugach deszczu i ledwo doczołgałam się do domu... Boję się.







.

(2)dag mniej



13.maja.2010 :: 16:12

Truskawka...

Dzisiaj wpadłam do sklepu po mydło. Patrzę - a tu na stoisku TRUSKAWKI!! Pomyślałam - to jest to!! Na to mam ochotę! Będę jeść truskawki. Szybko odszukałam w głowie numerek... tak 35kcal/100g - mogę sobie pozwolić na kilka. I kupiłam opakowanie pięknych, czerwonych, wybieranych przez 10 minut truskawek. Wróciłam do domu, postawiałam je na stole i zaczęłam się im przyglądać... Truskawki jednak wcale nie są takie idealne... Niektóre mniej inne bardziej regularne... jedne mniejsze, drugie większe... jedne grube, okrągłe a inne podłużne i chude...




Nie jesteś idealna Truskawko - więc jak wszystko co nieidealne Ciebie też utopię w muszli.

Jedna truskawka została - ta najładniejsza. Na pamiątkę ich smaku i łez które spowodowały.


[edit]

Lubię swój kręgosłup...





.

(1)dag mniej



10.maja.2010 :: 23:17

Kontynuuję. Popadłam w totalną ketozę. Dzisiaj gdyby nie fakt, że stojąc w autobusie zaczęło mi się "ściemniać" przed oczami nie pamiętałabym w ogóle o tym, ze powinnam cokolwiek zjeść... Nie mogę sobie teraz pozwolić na takie szaleństwa!! Musze przetrwać w dobrej kondycji do końca czerwca!! No ale akurat w tym zakresie czuje się bezsilna. Znowu Małpa przejęła kontrolę...




http://noasharvit.deviantart.com/





.

(1)dag mniej



9.maja.2010 :: 03:33

zastanawiam się właśnie nad zasadniczą kwestią - jak to jest, że jedni ludzie naturalnie są odporni na wpływ innych, na opinie na własny temat, na niepochlebne komentarze? Nic sobie z tego nie robią i żyją własnym życiem a inny nic nie robią tylko się przejmują. Dlaczego opinia innych jest dla mnie taka ważna? Czy niemożność zaakceptowania pewnych zasadniczych kwestii wynika z wychowania czy może to jakiś mój genetyczny defekt?

Nie wiem jak to jest i nie jestem pewna czy chce wiedzieć - jedno wiem na pewno... to że tak się przejmuję innymi rujnuje moje życie. A ludzie nieświadomi mojego podejścia nie przejmują się tym co mówią czy robią, myśląc że to takie naturalne wypowiedzieć własne zdanie... Może i naturalne, ale czasem jedno nieprzemyślane słowo potrafi zranić i wyrwać dziurę w sercu...

Moja serce jest strasznie dziurawe...






.

(0)dag mniej



7.maja.2010 :: 12:44

200 vs. 50

Mniej, mniej, mniej, mniej, mniej, mniej... i tym oto sposobem doszłam do moich dawnych 200 kcal... Ale stwierdzam, że chyba się starzeję, bo wystarczą 3 dni a mnie już jest słabo. Ale to nie jest takie najgorsze - mam w tym zakresie mnóstwo praktyki. Jako ratunek ostateczny nosze w torebce pół MilkiWay'a... 50 kcal samego cukru. Zawsze w ostateczności pomagało...







.

(0)dag mniej



4.maja.2010 :: 22:09

Breathe Me

Co najlepiej wyraża dzisiaj mój nastrój??

BREATHE ME




Help, I have done it again
I have been here many times before
Hurt myself again today
And the worst part there's no-one else to blame


.

(0)dag mniej



2.maja.2010 :: 01:40

po prostu jeansy...

doznałam dzisiaj szoku... po pół roku przerwy przymierzyłam moje ukochane jeansy... stare, powycierane, za małe w każdym miejscu... I co? I już nie są za małe!! Teraz pozostaje pytanie - czy to porażka czy sukces?? Część mojego JA skacze ze szczęścia, a druga mówi "Znowu się zaczyna..."

Ciekawe jak tym razem się skończy...



.

(1)dag mniej



28.kwietnia.2010 :: 17:51

Kupiłam sobie dzisiaj lampę. Tak symbolicznie - żeby było u mnie jakoś tak jaśniej. Może zewnętrzne promienie żarówki przedrą się do środka mnie.

Jak zwykle czuję podmuch sesji na karku. Powoli zaczyna dopadać mnie histerią, że nie zdążę... skąd to się u mnie bierze? Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się oblać egzaminu, rzadko, bardzo rzadko zdarza mi się dostać gorzej niż 5... skąd ten strach ?? Nie rozumiem siebie... A skoro ja siebie nie rozumiem, to chyba nie mogę oczekiwać od innych zrozumienia...

Chciałabym zrobić coś szalonego - tatuaż, kolczyk w brwi, pomarańczowe włosy... ale na to tez brakuje mi odwagi.

Ale skoro mam odwagę się przyznać, ze nie mam odwagi to może nie jestem takim totalnym tchórzem??



.

(1)dag mniej



26.kwietnia.2010 :: 23:30

powroty

i wróciłam... zostawiła tego bloga dawno temu licząc na cud. ale cudów nie ma - przynajmniej u mnie się nie zdarzają!!

Zaczęłam znowu chodzić na terapię. Zapytacie po co? Sama nie wiem... Świat mi się wali, studia wydaja mi się bezsensowne... Kim będę za kilka lat? Jak sobie dam radę? Gdzie będę pracować, czy dalej będę sama jak palec?

Nie wiem, nic już nie wiem... I mam taką straszną ochotę wyciągnąć żyletkę... Potworną ochotę, żeby zobaczyć nieregularne szlaczki na przedramionach, nadgarstkach... Odświeżyć zasklepione blizny... Ale nie dzisiaj... jeszcze wytrzymam.

Jutro kupie wagę. Poprzednią wyrzuciłam pół roku temu. Rozbiła się z trzaskiem o dno metalowego kontenera na śmieci... Ale jutro znów będę miała mojego mieszkańca-strażnika. cyfrowa wyrocznia...




.

(1)dag mniej



16.lipca.2009 :: 11:27

zawsze się da...

mam wakacje... ale co z tego??

niech mi ktoś zaklei usta... tak żeby mogla się przez nie przedostać tylko woda...

letnia depresja... w moich podręcznikach nie ma takiego terminu... Ale ja nigdy nie zachowywałam się podręcznikowo...

Zęby mnie bolą... założyłam aparat ortodontyczny... Powiecie "Żeby mieć proste zęby" - a ja powiem "Wcale nie - liczyłam na to, ze nie dam rady rzygać... i się przeliczyłam... Zawsze się da... Tylko boli trochę bardziej..."






(1)dag mniej



29.czerwca.2009 :: 23:09

orgia...

dzisiejszy dzień ciągnie się w nieskończoność, przeplatany regularnie jedzeniem i wizytami w łazience... I zaraz znowu tam pójdę... po raz 7 już dzisiaj...

I jak w takich okolicznościach można mieć do siebie szacunek?? Moja zwierzęcość ponad moim człowieczeństwem...


Mam jedno marzenie - ni mniej ni więcej - tylko jedno... Obudzić się pewnego dnia i móc powiedzieć "Słuchaj - nie jest źle. Świat jest piękny a Tobie chce się żyć... Tak po prostu chce się żyć... Nie musisz być idealna, ważne żebyś była sobą"

Ale aby być sobą trzeba najpierw wiedzieć kim (lub czym w moim przypadku) się jest...








(0)dag mniej



27.czerwca.2009 :: 03:47

i jeszcze jeden

jest cudnie?? Nie - nie jest cudnie... Kolejny egzamin za mną. Na kolejnym egzaminie wykładowcy zrobili z nas idiotów, myśląc sobie "głupi studenci się nie poskarżą - traktujmy ich jak śmieci" i potraktowali...

Mam dzisiaj zły dzień, ale czy to coś zmieni, ze sobie o tym napiszę? Raczej niewiele... Sobota będzie moim dniem odpoczynku... Nie dotknę żadnych książek!! A w niedzielę spowrotem nauka... Żeby to się już skończyło...

Chciałam dzisiaj ładnie wyglądać... tak po prostu ładnie. Wstałam rano, umyłam włosy, wysuszyłam, wyprostowałam i postanowiłam się umalować chociaż tego zazwyczaj nie robię... Niestety nic nie pomogło... Zapadnięte oczy z sinymi obwódkami, papierowobiała skóra... ale pomyślałam sobie - to nic - wszyscy tak wyglądają. Ubrałam się u poszłam na egzamin... Spotkałam kolegę - ten chłopak strasznie mi się podoba i szczerze mówiąc nawet kilka razy próbowałam do niego "podbijać" kolokwialnie mówiąc... Ale dzisiaj doszłam do wniosku, że on traktuje mnie jak większość moich znajomych... Jako źródło notatek... pierwsze słowa jakie usłyszałam?? "Hej, pisałem do ciebie żebyś mi wysłała notatki, ale mi nie odpisałaś... Nie miałem się z czego nauczyć. Usiądź przy mnie na egzaminie, bo muszę go zdać!"

P O R A Ż K A... nienawidzę ludzi...

Czy ja naprawdę nadaję się tylko do robienia notatek??





(0)dag mniej



25.czerwca.2009 :: 23:07

...

dzisiaj usłyszałam coś na co sobie nie zasłużyłam... od mojej matki... nie mam siły już nawet płakać... to upokarzające - ja przecież nie płaczę. Mi nie wolno tego robić!!! Nie potrafię sobie tego wytłumaczyć...

Zapalę więc kolejnego papierosa, bo poprzedni zgasił mi się od łez...


"pamiętaj, nawet gdy ci bardzo źle - NIE PŁACZ
świat i tak nie zrozumie..."






(0)dag mniej



23.czerwca.2009 :: 03:36

ehh... kończę naukę na dzisiaj... Życzcie mi powodzenia na dzisiejszym egzaminie - bo bez tego się nie obejdzie...

Chciałabym, żeby już były wakacje - chociaż w sumie do czego się spieszyć?? Cale spędzę w domu... no oprócz dwóch tygodni sierpnia... wszyscy znajomi gdzieś jadą... ale mnie nikt nie zaprasza... Ale ja im się wcale nie dziwię... Kto chciałby sobie psuć wakacje towarzystwem zgorzkniałej 21-latki?? Pewnie nikt...

Więc będę spędzać czas czytając... może odświeżę mój francuski - strasznie dawno go nie używałam :/ ciekawe czy coś jeszcze pamiętam??

No i oczywiście jak co roku założenie na wakacje - doprowadzę się do porządku... Może tym razem mi się uda?? I w nowym roku akademickim wrócę odmieniona - cudownie chuda... Byłoby pięknie... Ale czy to realne??

Czy znacie kogoś kto z permanentnej bulimii z powrotem wpadł w anoreksję?? Wtedy miałam przynajmniej do siebie trochę szacunku... A teraz mój szacunek do siebie jest odwrotnie proporcjonalny do ilości wizyt w łazience... Zazwyczaj bardzo niski... żeby nie rzec - zerowy!!

Ale mam co chciałam - w tą chorobę nie wpada się bez udziału własnej woli... Tak było łatwiej?? Można było jeść i nie czuć konsekwencji?? Wszystko do czasu...

A teraz konsekwencje mnie przytłaczają...







(2)dag mniej



18.czerwca.2009 :: 22:07

sesja

mam dość... chcę amfetaminy... może dzięki temu będę w stanie się uczyć...

:(:(:(:(

Nie mogę spać, nie mogę nie spać... mam sińce pod oczami jakby mnie ktoś pobił...

(3)dag mniej



7.czerwca.2009 :: 00:29

histeria...

Czytam sobie o konwersji histerycznej na egzamin... jakbym o sobie czytała... Czytam o zaburzeniach paranoidalnych - widzę swoje odbicie w lustrze... Czytam o zaburzeniach odżywiania - to nie ja... Tamte dziewczyny są chude!!!! :(

Mam trochę dość... Nie mam siły, nie mam motywacji... Jest mi wszystko jedno...

Dławi mnie strach, ze nie zaliczę - jak przed każdą sesją... A jak już będzie po to będzie mnie dławił strach, ze nie dostane 5... Paranoja?? Zdecydowanie!!

Więc z trzęsącymi się rękoma od nadmiaru kofeiny wracam do nauki....





(5)dag mniej



31.maja.2009 :: 13:39

merry-go-round...



Kolejny maj dobiega końca... Kolejna sesja przede mną... Z jednej strony marzę już o wakacjach a z drugiej perspektywa spotkania starych znajomych mnie przerażą... Moje myślenie na ten temat koncentruje się wokół stwierdzenia "co będzie jak mnie zobaczą i sobie pomyślą - jaka ona jest tłusta??"... Tak myśli paranoik - jestem paranoikiem...


Chciałabym obudzić się pewnego dnia i zdać sobie sprawę że ostatnie lata to był tylko koszmarny sen... Takie naiwne myślenie magiczne...


Nie sypiam dobrze- nie potrafię... uciekający czas i piętrzący się materiał do przerobienia...

Niech ktoś zatrzyma tą karuzelę - chcę wysiąść...



(6)dag mniej



2.maja.2009 :: 00:25

słodkie cytryny...

Weekend majowy nad książkami... Spełnienie marzeń?? chyba raczej nie... W każdym razie tak sobie pomyślałam, ze może to i dobrze... gdybym miała za dużo wolnego czasu to różnie mogłoby być - a tak przynajmniej wiem co mam robić. No cóż... trzeba sobie czasami poracjonalizować...


Żeby chociaż jutro padało... Nie będzie mnie tak ciągnąć, żeby iść nad Wisłę, położyć się na trawie i grzać się w słońcu...






(4)dag mniej



29.kwietnia.2009 :: 23:57

o przemijaniu.

ehh... minął mi kolejny dzień... Co mogę o nim napisać?? Że był udany? Że dobrze się czułam? Że czułam się źle? Nie... był to kolejny dzień który przemknął nie zawracając na siebie moje uwagi... Nie zauważyłam, że minął...

I tak jak ten jeden dzień mija całe moje życie - niepostrzeżenie...


Czasami sobie myślę - po co mi to wszystko? Tyle godzin nad książkami, nieprzespane noce, brak zabawy, nerwy?? Po co skoro i tak umrę?? Prędzej czy później, ale umrę...

...i kto wtedy pomyśli o tym, że za życia byłam zawsze przygotowana na zajęcia i ciągle niewyspana??

(0)dag mniej



27.kwietnia.2009 :: 00:20

filozofia własna...

zastanawiam się czasem gdzie leży granica pomiędzy tym co dobre, a co złe... I nic z tego zastanawiania się nie wychodzi, chociaż się staram.

a jaka jest granica między zdrowiem a chorobą? Czy chorobą jest katar a zdrowiem nieustany płacz i niechęć do wszystkiego? Trudno to zdefiniować... Ja w każdym razie udaję zdrową i każdy mi wierzy. To pocieszające - przynajmniej w graniu jestem dobra...


Zaczyna się gorący okres... powinnam siedzieć nad książkami i zakuwać. No i siedzę... ale błędnym wzrokiem skaczę po literach, nie wiedząc co czytam. Niech już będzie lipiec - wtedy bez wyrzutów sumienia będę leżeć i myśleć... Chociaż myślenie też nie jest dla mnie wskazane - zazwyczaj dochodzę do wniosków, które sprawiają, że mam ochotę wziąć żyletkę i powycinać krwawe wzorki, licząc na to, ze razem z krwią wycieknie trochę tłuszczu... - tylko, że teraz trzeba się powstrzymać, bo w lecie trudno ukryć poranione ręce i nogi...

Przypomina mi się moja matura... Wszystkie wylane łzy i wszystkie blizny przypominając o tamtym okresie, które do tej pory nie zeszły... i te na ciele i te na duchu...





(0)dag mniej



23.kwietnia.2009 :: 21:06

God bless fools...

I tak to już jest... głupie, naiwne dziewczątko myślało, ze kolega który chce od niej notatki ją lubi... że może pójdą na kawę?? A może na spacer?? Nie - kolega chciał tylko notatki...

I tak oto kolejny raz głupie dziewczątko siedziało w kącie i chlipało nad swoja głupotą, ocierając krew kapiąca z nosa... Krwawe łzy rozpaczy bez dna...

Ale czy ja się temu koledze dziwię? Kolega pewnie woli szczupłe, wysokie blondynki... A dziewczątko jest niską, grubą, brunetką...


Chcę się zapaść pod ziemię ze wstydu...








(3)dag mniej



31.marca.2009 :: 20:44

tytułu brak

Tak pięknie, wiosennie za oknem... A we mnie ciemno... Jestem typem człowieka, który nie płacze, nawet gdyby się waliło i paliło. Ale ostatnimi czasy łzy same mi spływają z oczu - bez powodu. Nie mam na nic czasu - sypiam po 2,5 - 3 h na dobę. Ale rzygam codziennie... Cowieczorny rytuał musi zostać odprawiony... Wiecie co... życie jest cyniczne... studiuję psychologię, chcę pomagać ludziom - a sobie nie mam odwagi, nie umiem...

Czasami sobie myślę, że chciałabym, zęby moi rodzice mnie ubezwłasnowolnili, wsadzili na siłę do szpitala i żeby ktoś mi pomógł... Ale nie... Oni nie dość, zę nic nie wiedzą, to jeszcze mi UFAJĄ... myślą że moje ED to już przeszłość... O święta naiwności...

Podoba mi się modlitwa AA:

"Boże, użycz mi pogody ducha,
abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić,
odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić,
i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego."

Chciałabym tak... Bardzo bym chciała...





.


(3)dag mniej



25.marca.2009 :: 17:18

czekałam...

czekałam wczoraj cały dzień... nie wyłączyłam telefonu na zajęciach... trzymałam go w ręce i czekałam... Wróciłam do domu i dalej czekałam - nie poszłam na imprezę bo tam może nie być zasięgu... i czekałam... A on nie zadzwonił... wiem, że to zachowanie małego naiwnego dziecka - ale ja tak bardzo potrzebowałam, żeby mi powiedział "wszystkiego najlepszego" - nic więcej... Żadnych prezentów, komplementów, słodzenia itd... Tylko "wszystkiego najlepszego"... Żebym mogła sie łudzić, ze jestem dla niego ważna... Tylko tyle...



Ale mój ojciec nigdy nie pamięta o moich urodzinach...

(2)dag mniej



24.marca.2009 :: 18:48

oczko...

Dzisiaj skończyłam 21 lat... Czuje się z tym strasznie... ale nie dlatego , ze to 21 lat, tylko dlatego, ze ja czuje się na 50... I nie wiem jak to zmienić... 21 lat, z których sporą część spędziłam na głodzeniu się i zyganiu... oszukiwaniu i udawaniu, ze wszystko jest ok... proszeniu o odrobinę zainteresowania. I nic mi to nie dało...

(2)dag mniej



22.marca.2009 :: 21:40

...

potrzebuję kogoś, kto mnie uratuje... :( Nie musi być piękny, mądry, zabawny... wystarczy żeby mnie pokochał... Tak naprawdę... Za to że jestem... I tylko tyle...

(2)dag mniej



27.lutego.2009 :: 00:44

trudne decyzje...



moja psycho chce żebym poszła na oddział... Jedynym problemem jest to, że ja nie chcę... Nie wyobrażam sobie siebie - tłustej, spasionej świnie - wśród chudziutkich dziewczyn... I jak to niby miałoby wyglądać?? Zabroniliby mi wymiotować a ja bym powiedziała "dobrze" i przestała?? Surrealne i abstrakcyjne... Oniryczny omam... Zresztą mam studia... Co bym powiedziała?? Że biorę urlop na pół roku bo jestem pieprzoną bulimiczką?

Dla mnie już nie ma odwrotu... Chyba czas sobie dać spokój i się z tym pogodzić...



.

(1)dag mniej



19.lutego.2009 :: 16:10

raz się udało...

byłam pewna, że umieram... leżałam na podłodze nie mogąc ruszyć ręką czy nogą... Nie mogłam oddychać, serce było mi jakoś tak wolno i niespokojnie... Przez głowę przelatywały mi myśli... Co będzie jak umrę? Kto mnie znajdzie na tej podłodze? Kiedy? Czy moja mam zaniepokoi się, że nie odbieram telefonów? A może właściciel mieszkania wpadnie z wizytą i zobaczy mnie - leżącą na podłodze, nie oddychającą, z sercem zastygłym w bezruchu? Nie było żadnego tunelu, żadnego światła... tylko przejmujący strach. Zemdlałam... I ocknęłam się po kilku godzinach... Żyłam... moje serce biło - nierówno ale biło, mogłam oddychać... żyję dalej...


Oto co zrobiła ze mną anoreksja i bulimia... Skoro zdarzyło się to raz... to może zdarzyć się i drugi... ale czy wtedy też będę miała tyle szczęścia i znowu ockne się na podłodze?

(1)dag mniej



14.lutego.2009 :: 02:19

powroty

wróciła do domu na ferie... Ale czy to jest jeszcze mój dom? Nie czuje się tutaj jak u siebie... Po dwóch dniach mam ochotę wracać. Tylko do czego wracać? Do wynajętego mieszkania i małego pokoiku z plakatem Audrey Hepburn na ścianie? Gdzie jest moje miejsce, które mogę nazwać domem? Czy takie w ogóle istnieje?

(1)dag mniej



10.lutego.2009 :: 01:32

nareszcie po!

Jestem już po sesji!! Tyle ile ona mnie nerwów kosztowała to moje... teraz muszę to odespać... I mam nadzieję, że będzie to długi i spokojny sen - takich mi niestety ostatnio brakowało.


Dzisiaj ubrałam moją ukochaną bluzkę... Wyglądałam w niej jak w worku!! A jeszcze 3 miesiące temu była maksymalnie dopasowana...
I z jednej strony się cieszę - a z drugiej... Nie wiem czy to jest takie do końca dobre... Ona jest w rozmiarze S...




(1)dag mniej



7.lutego.2009 :: 14:39

ostatni, ostatni...

jeszcze jeden egzamin.... czuję przemęczenie materiału... Nie mogę spać... nie mogę nie spać... sprzeczność na sprzeczności... Ale widocznie tak już mam być...


Głodówkę spieprzyłam - ale przynajmniej nie przekroczyłam 300 kcal... Chcę się w końcu poczuć chuda... Lekka i wątła... Tylko czy to kiedyś nastąpi??

Nie mam u siebie wagi... ale jak wrócę do domu na ferie to sprawdzę jak bardzo się zapuściłam... Mam nadzieję, że nie będę płakać stojąc na wadze... Chociaż wydaje mi się to mało prawdopodobne...

Tych którzy to czytają - pozdrawiam!

(3)dag mniej



2.lutego.2009 :: 23:27

:(:(

wieczór porażek... nie chce mi się żyć... Ale co to za różnica?? Wszyscy uważają, ze przesadzam, że mam przerost ambicji... Więc raz w życiu przesadzę... i zrobię z sobą porządek!!!!


- od jutra głodówka - przez co najmniej 4 dni... może uda się więcej...

Smutno mi :(





(1)dag mniej



31.stycznia.2009 :: 02:14

sesja

Po kolejnym egzaminie... nauka do 5 rano... 3 godziny snu... nauka do 5 rano... 3 godziny snu... Szkoda gadać...

W każdym razie przynajmniej nie mam czasu myśleć o jedzeniu - i to jest plus tej całej cholernej sesji...

Czas na dalszy etap nauki...

(3)dag mniej



25.stycznia.2009 :: 22:26

postanowienie

Zaczęła się sesja... O niczym innym nie marzę - tylko o odrobinie spokojnego snu... Na razie to jednak nieosiągalne. Mam tylko nadzieję, że wysiłek przyniesie jakiś efekt...

Postanowiłam od marca wrócić do psychologa... W końcu trzeba stawić czoła rzeczywistości. Za długo już to wszystko trwa... A wielkimi krokami zbliża się kolejna rocznica... Jeszcze 15 dni...




(4)dag mniej



18.stycznia.2009 :: 00:29

...

Chce umrzeć... nie mam już siły!! Codziennie obiecuje sobie, że "od dzisiaj koniec, że dam radę" i codziennie łamie dane sobie słowo... Potrzebuje pomocy... Tylko kto mi pomoże jeśli ja sama sobie nie potrafię??

Dzisiaj byłam na zakupach - chciałam kupić atrament i kilka innych drobiazgów... W pewnej chwili zaczęły mi drżeć wszystkie mięśnie. Poszłam kupić kawę - zawsze mi pomagała... Ale nie byłam w stanie utrzymać kubka w rękach - musiałam ja pić przez słomkę, bo bałam sie że wszystko wyleję... To są właśnie skutki mojego zachowania... zero magnezu i potasu w organizmie... Ledwo dotarłam z powrotem do domu...

Boję się... :(



(7)dag mniej



16.stycznia.2009 :: 02:04

po...

dzisiaj (a raczej wczoraj) miałam pierwszy egzamin w tej sesji... z nerwów zemdlałam... Czuję sie jak kretyn - wszyscy się gapili, a ja po prostu z gluchym hukiem runęłam na podłogę... Kolega mnie pozbierał... po czym weszłam do sali pisać test...

Niestety jakoś to tak już jest, że zawsze mam dodatkowe atrakcje, chociaż wcale ich nie chcę... Może ja po prostu lubię podświadomie zwracać na siebie uwagę?? Sama już nie wiem...

(1)dag mniej



13.stycznia.2009 :: 01:29

bajki...

siedzę sobie i płaczę... Łzy spływają mi po policzkach - pozbywam się soli z organizmu... A razem z solą wypływa ze mnie nadzieja, że kiedyś będzie lepiej, ze sobie poradzę, że ktoś mnie kiedyś pokocha... taką jaką jestem... nie szczuplejszą, nie piękniejszą... taką jak teraz...

Nie jestem już dzieckiem i nie wierzę w bajki... Śpiąca Królewna wcale się nie obudzi, a Kopciuszek nie pójdzie na żaden bal...

(2)dag mniej



10.stycznia.2009 :: 11:14

...

Dzisiaj nareszcie sie dowiedziałam co myślą o mnie osoby, które uważałam na przyjaciół... Zostałam zupełnie sama... I wszystko mi już jedno


::02:57

ehhh... źle mi minął dzisiejszy dzień - zmarnowałam go. Miałam takie plany i co?? I nic!! Jutro znowu będę próbowała nadrobić to co powinno było być zrobione dzisiaj... Nie miałam jakoś nastroju na naukę... Egzamin w czwartek, a ja nawet nie zdążyłam jeszcze wykładów przeczytać...

Efekty porannego zdenerwowania widać na mnie do teraz... Zaliczyłam łazienkę chyba z 8 razy... Gardło mnie od tego boli... No ale cóż... Sama sobie jestem winna - ja i mój brak silnej woli.

Czasami się zastanawiam, czy to kwestia braku silnej woli, czy może czegoś innego... Moje problemy trwają już ponad 3 lata, a ja dalej nie mogę pogodzić się z myślą, że to jest choroba... Cały czas wydaje mi się, że dam sobie radę... Ale to chyba niemożliwe.


Życzę Wam spokojnego snu!!

(5)dag mniej



8.stycznia.2009 :: 01:17

size 34

Siedzę i próbuję się uczyć... Średnio mi to jednak idzie... Dopadają mnie obrazy z zakończonego niedawno dnia...

Dzisiaj chciała kupić spodnie - doszłam jednak do wniosku, że zakupy to nie jest rozrywka dla mnie... Dlaczego niby mam sie denerwować, ze nie mieszczę się w rozmiar 32?? 3 lata temu 34 by mi wystarczyło... aż zanadto! A teraz?? Rozmiar 34 wydaje mi się tak ogromny jak dwuosobowy namiot... Apetyt rośnie w miarę jedzenie... A może NIE jedzenia??

Zastanawia mnie, czy gdzieś leży granica...? Czy kiedyś stanę przed lustrem i powiem sobie: "tak, dobrze wyglądasz, zostaw tak jak jest"??

Cały czas mam nadzieję, że taka granica istnieje... bo jeśli nie, to oznacza ze umrę - prędzej czy później... A nie wiem czy tego właśnie chcę...



(3)dag mniej



7.stycznia.2009 :: 01:39

tytułu brak...

Zmęczona... nie mam siły niczego pisać... Chciałabym iść spać ale wiem, ze i tak mi sie to nie uda...

Idę więc kontemplować nocną ciszę z papierosem w dłoni...

(3)dag mniej



6.stycznia.2009 :: 00:31

podstawy architektury

Dzisiejszy dzień trudno zaliczyć do udanych - stagnacja, apatia... tyle miała dzisiaj zrobić i niestety nic z tego nie wyszło.
Nauka leży odłogiem, a ja zamiast zająć się czymś to tylko myślę o tym, ze jestem głupia bo marnuje czas na coś co nie jest nauką...
Czy w życiu liczy się tylko wiedza? Czy oprócz ocen w indeksie coś ma dla mnie jeszcze wartość? Sama już nie wiem. Chociaż nie... wiem!!
Oprócz ocen liczy się dla mnie jeszcze WAGA i... i tyle... :(

I jak tu znaleźć mistyczną głębię? Gdzie ten cudowny, ekstatyczny stan zwany życiem? Gdzie miejsce na śmiech, zabawę, przyjemność?

To proste - w moim świecie nie ma na to miejsca. Zaprojektował go marny architekt, który nie przewidział, że będę chciała czegoś więcej... dodatkowego pokoju, w którym będę mogła się śmiać i pragnąć czegoś więcej... Nie przewidział tego...



(1)dag mniej



5.stycznia.2009 :: 00:17

Tyle pytań...

Kupiła dzisiaj sukienkę - śliczną sukienkę. Wydawała mi sie taka idealna... Kiedy wróciłam do domu postanowiłam ją przymierzyć jeszcze raz... sterczałam przed lustrem i płakałam - stałam gapiąc się na własne odbicie w srebrzystej tafli i zalewałam się łzami... Nie mogłam się opanować.

Dlaczego tak nienawidzę swojego wyglądu - ciała, twarzy, włosów...?? Czy zrobiłam coś tak złego, że teraz los w ten sposób sie na mnie odgrywa?? Czy może być coś gorszego niż nienawiść do samej siebie?? Jak można kochać kogoś innego, jeśli czuje się nienawiść do własnej osoby?? Czy ja w ogóle potrafię kochać??

Mnóstwo pytań - ale brak jakiejkolwiek odpowiedzi...

(0)dag mniej



4.stycznia.2009 :: 01:46

Koniec tego...

Dzisiaj, a raczej już wczoraj był mój ostatni dzień w domu - czas wracać do Krk:( Słabo mi się robi na samą myśl. I to wcale nie dlatego, że w domu mi tak dobrze było! Ja po prostu nigdzie nie mam swojego miejsca. Kiedy jestem w Krk to tęsknię za domem jak wariatka, a jak jestem w domu to łapie doła... Gdzie tu logika?

Podsumowując mój świąteczny pobyt
-równe dwa tygodnie rzygania
-nauka do białego rana
-zero chęci żeby gdziekolwiek wyjść

Czy tak wyglądają święta normalnych ludzi?? Nie sądzę!

Teraz nie pozostaje mi nic innego jak wrócić i zacząć naukę... sesja coraz bliżej, a ja już z nerwów sie cała trzęsę. Niestety... Znowu przede mną miesiąc nieprzespanych nocy i setki wypalonych papierosów. Pozytywne jest to, że nie będę miała na nic czasu, więc może i do łazienki nie będę zaglądać tak często. W czasie ostatniej sesji schudłam 5 kg... Oby i tak pod tym względem nie była gorsza!!

Trzymajcie się ciepło!!

(2)dag mniej



3.stycznia.2009 :: 03:00

Na początek...

postanowiłam od dzisiaj... a może od wczoraj?? Nie pamiętam od kiedy i nie pamiętam co... Postanowienia są dobre dla wytrwałych. W mojej jakże nieestetycznej głowie brak tej cennej cechy charakteru. Jedyne co teraz w niej siedzi to myśl "Zrób cóś z sobą... nie można tak żyć!!" - i to tez właśnie czynię... Myśli przez klawiaturę wpływają na ekran... I co widzę?? Widzę siebie, widzę wagę, widzę łazienkę, widzę jedzenie i czuję że mi niedobrze... Czy to koszmar?? Nie - to moja codzienność...

Nie wiem dlaczego postanowiłam pisać bloga... zawsze wydawało mi sie, ze to tak gorsza forma pamiętnika - a pamiętniki są dla małych dziewczynek. Ale czasem przychodzi taki moment, że chcesz z kimś porozmawiać, a niestety na horyzoncie nie ma nikogo... W moim przypadku zazwyczaj nikogo nie ma... Toteż teraz będę rozmawiać z Wami - o ile ktoś będzie chciał czytać moje depresyjne brednie na temat bliżej nieokreślony.

Pozdrawiam Was gorąco!

(1)dag mniej





Wykonała Bu! Więcej na Hidden Door.